niedziela, 26 lutego 2017

15. Okowy z koronki

 Zamknął oczy. Otworzył je szybko. Czemu za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział to! Widział, jak Coen się pochyla. Myślał o tym, jak z początku delikatnie objął ustami jego wargę, otulając ją miękkością. Jak w końcu przyciska je do niego mocniej, zmuszając go do uchylenia ust i wpuszczenia do środka ciepły język elfa. Zamknął powieki. Znów poczuł ze wzmożoną siłą, jak ciężko złapać mu oddech w tym gorsecie. Cieszył się, chociaż że nie pisnął z zaskoczenia, na jego szczęście... o ironio... miał zatkane usta, więc jego pisk przerodził się tylko w ciche mruknięcie wprost w usta elfa. Zmusił się, by znów uchylić oczy, przerywając tę wizję.
I jeszcze Oswald! Oswald i ten jego uśmieszek, kiedy życzył im udanej nocy. A kiedy sięgnął po rękę Vincenta i przyciągnął go siebie, by ucałować w policzek na pożegnanie, Coen zrobił znowu coś dziwnego. Niemal tak samo dziwnego, jak ten pocałunek. Chwycił Viniego za talię i odciągnął od Oswalda, jednocześnie chwytając jegomościa za przegub i zmuszając, by puścił jego rękę. Oswald, nie mniej zdziwiony niż wampir zachwiał się, aż puszczając go pod naporem ręki, która zostawiła czerwoną pręgę na skórze w miejscu, w którym chwyciła. To i ten pocałunek. Znów zarumienił się jak wtedy i po raz kolejny spojrzał na elfa wściekłym spojrzeniem. To właśnie to spojrzenie panicza, ciskające pioruny trzymało elfa dokładnie na przeciwległym końcu karocy. Od wrzasku powstrzymywała go tylko świadomość tego, że woźnica i odźwierny mogą go usłyszeć. Tupał tylko nerwowo bucikiem z zaplecionymi na piersi ramionami, starając się opanować. Ochłonąć, nie robić awantury. Jak na damę przystało.
Atmosfera była nie do wytrzymania i jeszcze ta karoca! Może to nie wina samego wozu, a drogi, którą ich wieziono, ale niemiłosiernie nimi rzucało.
      - Co to miało być? - Syknął jadowicie.
    - Hemm? Kolacja. Wiem, wyglądało bardziej jak uczta, ale przysięgam Oswald przedstawiał to jak kameralną kolację.
- Nie o tym mówię – Nadął policzki szukając słowa. - Głupku.
Brawo, Vincent, toś go zbeształ. - Pomyślał, odwracając głowę ku oknu, gdy powóz znów szarpnął nimi gwałtownie i podskoczył na kolejnym wyboju. Najwyraźniej im dalej od ścisłego centrum i willi, czy może lepiej to nazwać, pałacyku Oswalda tym drogi były gorsze. Przecinające się koleiny, powstałe w brei teraz wyschnięte i schłodzone przez wieczorny spadek temperatury, sprawiały, że droga była karygodna w mniemaniu Vincenta.
      - Wiesz, że nie chodzi mi o to.
      - O co? - Vincent spąsowiał ze złości słysząc pytanie.
      - Jak to o co? Nie żartuj sobie ze mnie. I co to za miny stroisz?! Przedrzeźniasz mnie?
     - Vincent... - Coen dziwnie zbladł na twarzy, aż wampir zamilkł z lekka przerażony. – Vincent, niech się zatrzymają.

     Już po chwili stali na bruku. Było ciemno, zimno i brudno, a on mógłby przysiąc, że nie szli tędy dziś wieczorem do dworku Oswalda. Pewnie powóz nie mógł się przecisnąć przez wąskie uliczki, którymi szli. Elf chwilę stał oparty o fasadę budynku odzyskując kolory po czym podszedł nieco chwiejnym krokiem i podsunął mu ramie, a on zarzucił na nie rękę. Nie żeby tego chciał! O nie... Po prostu teraz role się odwróciły, to nie elf pomagał mu utrzymać równowagę na tych pieruńskich obcasach. To on, mimo że kostki chwiały mu się momentami przez obcasy starał się trzymać go w pionie. Nie chodziło o to, że nie chciał, żeby elf się wywalił. Z chęcią patrzyłby, jak ląduje na ziemi i stara się podnieść, ale za bardzo kochał swoje miękkie łóżko, wiernie czekające na niego w pokoju tawerny, żeby pozwolić utytłanemu błotem elfowi położyć się w piernatach w których sam miał spać. A myć go nie miał najmniejszego zamiaru. Zresztą, kto powiedział, że elf w ogóle będzie spał w łóżku. Coen mocniej zachwiał się, więc myśli umknęły, kiedy on wszystkie swoje siły wkładał w utrzymanie siebie i jego, co w tych butach prostym zadaniem nie było. Odetchnął starając się znaleźć jakieś plusy kiedy jego nogi wykręcały się a obcasy grzęzły w twardym błocie. Z chwili na chwilę odczuwał jednak coraz większą ulgę, a elf dawał się prowadzić z większą łatwością, być może dzięki chłodnemu powietrzu.
     - Ale przynajmniej mamy to już za sobą. - Zaczął pokrzepiać sam siebie. - Chyba nikt się nie domyślił, zwłaszcza po Twoim finiszu. - Znów zgromił go spojrzeniem.
     - No i zaraz ściągnę tę pieruńską suknię. Zdejmę te cholernie niewygodne buty i pozbędę się bielizny. Majtki mi się wżynają, nie powiem gdzie. Koronki są piękne, kto mógłby przypuszczać, że potrafią być tak okrutne! Teraz zaczynam ich powoli nienawidzić. Nigdy, nigdy więcej czegoś takiego nie dam na siebie wcisnąć. Misterny, finezyjny, ażurowy, podstępny potwór...
      - Jeśli chcesz mogę Ci je zdjąć. - Mruknął gdzieś w przestrzeń przed sobą elf brzmiąc przy tym całkiem poważnie i dużo mniej nietrzeźwo niż jeszcze przed chwilą. Vincent popatrzył na niego zdziwiony, niemal zapomniał, że tu jest, nie biorąc pod uwagę ciężaru, jakim się na nim opierał. A już na pewno nie przypuszczał, że kontaktuje i – co więcej – słucha jego bezsensownego monologu, którym dodawał sobie animuszu.
     - Nie... Nie tu. - Zaczerwienił się. Przecież w pokoju ściągnie gorset, będzie mógł zrobić to sam. - Przecież jesteśmy na ulicy.
Ten jednak chwycił go za dłoń po to, by pociągnąć go w mijaną właśnie ciemną, wąską alejkę z gracją i siłą, o jaką jeszcze przed chwilą nie podejrzewałby pijanego, idącego slalomem kompana.
      - Vini, czy naprawdę chcesz męczyć się tak aż do naszego pokoju? - Zapytał, zatrzymując się i obra-cając w jego stronę. Stając twarzą w twarz z księciem wpatrującym się w niego ze strachem w swoich szeroko otwartych zielonych oczętach.
      - N... Nie mów tak do mnie. Nie nazywaj mnie Vini. Jesteś pijany i nie wiesz co mówisz. - Odparł cicho i zaśmiał się, starając się obrócić to w żart, mimo że serce ukryte pod karminową suknią łopotało niczym wróbel starający się wyrwać z jego piersi. Jednak kiedy chciał postąpić krok, białowłosy zatrzymał go wyciągając rękę i kładąc dłoń na murze, zagradzając mu tym samym drogę odwrotu.
    - Chodźmy do pokoju. - Tym razem niemal zażądał, jednak na koniec złamał się wobec braku odpowiedzi. - Coen, bardzo proszę...
       - Daj spokój, naprawdę wolisz się męczyć wampirku? - Zapytał delikatnie, przypierając go do ściany.
Aż wstrzymał na chwilę oddech. Coen był inny po alkoholu. Zupełnie jak wtedy w wiosce. Wtedy kiedy poprosił go...
     - Choć tyle mogę Ci ulżyć, skoro musiałeś się tam męczyć cały, długi wieczór. - Przez cały czas bezwstydnie patrzył mu w oczy. Pochylił się odrobinę, tak że jego oczy znalazły się niżej. Vincent oparł się o ścianę jeszcze bardziej, jakby chcąc się w nią wcisnąć, dając sobie tym samym więcej przestrzeni. Spuścił wzrok w dół. Suknia była zbyt rozłożysta, by to widzieć, ale poczuł jak sięga dłonią, podnosząc rąbek sukni i kładzie chłodną dłoń tuż powyżej jego kolana. Elf go perfidnie hipnotyzował, brunet nie wiedział już co mówić, bo wszystko, co przyszło mu do głowy to jakiś bezsensowny bełkot. Na dodatek ten wzrok był taki... Wzdrygnął się od zimnych dłoni spoglądając na pochylonego elfa.
       - D...dojdę w nich, Coen, nie wygłupiaj się. Wstawaj... - Mruknął szeptem mało przekonującym głosem. Inaczej pewnie by wrzasnął, a nie chciał budzić tej połowy miasta, która nie została zaproszona na 'kolacje' i teraz smacznie spała w łóżkach. Jednak mimo protestantów jego ręka zaczęła sunąć w górę po jego udzie. Z każdym przebytym calem czuł dziwny dreszcz przebiegający po jego ciele. Dłoń na chwilę zatrzymała się, kiedy natknęła się na koronkę podwiązki, a on niemal sapnął.
         - Jesteś pewien, że nie trzeba? - Musnął palcami koronkę, czekając na pozwolenie chłopaka. - Nawet jeśli odmówisz, będę czuł się wygrany. Jeśli w nich zostaniesz. Wiesz, nie miał okazji zobaczyć Cię w tym przyszykowanym z myślą o Tobie komplecie.
       - T...tak, ale jak tak bardzo chcesz zdjąć ją teraz... zdejmij... - Wydukał spłoszony i cichy. Nie wiedział, która z tych opcji jest gorsza. A skoro jego dłoń zawędrowała już tak wysoko. - Tylko szybko. Wstań już Coen... I chodźmy do domu. - Poprosił jeszcze ciszej.
Zlitował się nad nim, resztę dystansu pokonał nieco szybciej, nie zmieniało to jednak, że Vincent niemal trząsł się, czując to. Elf wsunął dwa smukłe palce pod koronkę z boku, na jego biodrach i przejechał po jej długości.
     - Szkoda. Musi wyglądać na Tobie ładnie. - Powiedział w końcu na głos to, co kołatało mu się po głowie, od kiedy zobaczył zawartość tajemniczego pudełeczka. Pociągnął bieliznę w dół, przez alkohol płynący w jego krwi i mącący umysł, zasnuwający go ciężką mgłą, nie zauważył jak delikatna mgiełka materiału stała się obcisła.
      Na wszystkie jego skarby świata... Vincent Odetchnął, kiedy poczuł smyranie materiału na kostkach. Uniósł jedną nogę, pozwalając mu ściągnąć ją do końca. Następnie zrobił to samo z drugą, wyzbywając się majtek całkowicie. Czuł się tak dziwnie, że miał ochotę uciec niczym kopciuszek. Tylko co to za księżniczka co gubi majtki w ciemnej miejskiej alejce? No i on nigdy nie dałby siebie tak traktować. Chcąc czy też nie oddech tak mu przyspieszył, że jeszcze ciężej mu się oddychało. Aż pociemniało mu przed oczami od łapania tych niepełnych, urywanych oddechów.
      - Coen... chce iść zdjąć suknie... - mruknął cicho czerwony niemal tak samo, jak jego kreacja.
      - Dobrze Vini. - Mruknął Coen, wsuwając zaciśniętą pięść do kieszeni spodni.

      Może nie miał tej niewygodnej bielizny, ale całą drogę towarzyszył mu dziwny przewiew.
     - Nigdy więcej... - Przysiągł sam przed sobą i puścił ramię, które tak jakoś wyszło, znów trzymał, kiedy podeszli pod karczmę, w której się zatrzymali. Chwilowa ulga, że są już na miejscu, ustąpiła, kiedy zobaczył schody. Nie miał zamiaru się męczyć. Basta! Koniec przedstawienia. Stanął u ich podnóża i wysunął stopy z pantofelków na obcasie i dopiero po tym ruszył w górę, zostawiając po sobie buciki w miejscu, w którym stał. Nie zatrzymał się, kiedy usłyszał jak kroki za nim cichnął na chwilę, nie miał zamiaru czekać na towarzysza, jeszcze napatoczyliby się na jakiegoś gościa przybytku, a on miał dość teatrzyku i gadania tym przesadnie słodkim głosikiem. Kiedy wszedł do środka. Poszedł do łóżka, w linii prostej, bez przystanków, myśl o miękkim materacu utrzymywała go przy życiu. Padł na niego jak długi.
      - Coś zgubiłeś. - Nie widział go, ale słyszał.
Prychnął w odpowiedzi, jednak materac stłumił ten dźwięk.
     - Już miałem nadzieję, że zresztą będziesz równie niecierpliwy. - Przyparł się plecami do drzwi domy-kając je. Vincent uniósł się, mając ochotę mu odpysknąć. Buciki ze stukotem upadły na podłogę u stóp elfa, a on śledził je wzrokiem i zatrzymał go na chwilę, gdy uderzył go kontrast. Przy jego obutych stopach elfa, pantofelki na obcasie wyglądały na małe i groteskowe wręcz infantylne w swej fikuśnej formie.
      - Jesteś głodny? - Panicz poderwał głowę i przełkną ślinę.
     - Nie. Ja jadłem. Niedawno. Wiesz przecież. Po co pytasz? Głupie pytanie... - Nie spodziewał się tego. Choć jeśli o tym pomyśleć, o tym jak się zachowywał ostatnio... mógł się spodziewać. Czemu się tak cholernie płoszył za każdym razem, kiedy on o tym wspominał? Elf natomiast wzruszył tylko ramionami, przybierając obojętną, nieco nonszalancką pozę.
      - Nie wiem. Ja jadłem i piłem przez cały wieczór. Pomyślałem, że Tobie też coś się należy, zwłaszcza że tak się dziś namęczyłeś. Świetnie się spisałeś.
      - Nie jestem zwierzątkiem. Nie próbuj mnie tresować nagradzając przekąskami. - Czemu miał wrażenie, że głos mężczyzny wyrażał... co właściwie. Nadzieję? Może Kpinę. Trudno było stwierdzić, ale wolał zachować bezpieczny dystans i obrócić to w żart, mimo że ostatnim razem nie zdało to efektu, wydawało się dalej najlepszą linią obrony. Miał na to ochotę, to było przyjemne, może nie dla elfa, ale on na pewno czerpał z tego przyjemność. Wzrok miał teraz utkwiony w baldachimie, ale gdyby spojrzał na elfa, widziałby jak oczy lśniły mu w wątłym świetle i wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem.
      - Nie jesteś. - Przyznał. - Po prostu chciałem... - Młodzieniec nie dał mu dokończyć, usiadł gwałtownie, wciskając dłonie zaciśnięte w pięści po bokach swoich ud.
     - Przestań! - Spojrzał na niego zły. - Przestań się wykręcać. Kręcić, udawać, wymigiwać się. Przyznaj się, lubisz to? - Milczenie elfa tylko bardziej go irytowało.
      - Lubisz, kiedy Cię gryzę. Podobało Ci się. Wtedy w namiocie. I w osadzie.
      - Nie pamiętam...
      - Wiem, nie pamiętasz nic z osady. Bla, bla, bla. No dalej, jeszcze coś? - Dalej milczał. Vincent podniósł się i podszedł do niego, czując jak bacznie śledzi go spojrzenie z góry, ale on nie miał dziś ochoty bawić się w kotka i myszkę. Nie, kiedy cały wieczór męczył się w tym stroju. Nie, kiedy z każdym krokiem czuł odciski na stopach. Nie, kiedy elf go tak pocałował. Nie, kiedy upokorzył go w tej alejce. Nie spuszczał z niego wzroku zielonych oczu, patrzył prosto w tęczówki i aż czuł, jak pieką go policzki. Stanął przed nim blisko i odwrócił się do niego tyłem. Kasztanowe loki zafalowały. Pochylił lekko głowę.
   - Poluźnij to pieroństwo, bo zaraz zemdleję. - Zażądał twardo i już po chwili poczuł lekki luz, kiedy białowłosy pociągnął za wstążkę, a następnie jego smukłe palce prześlizgiwały się po naprężonej tasiemce między koluszkami gorsetu, poluźniając go. Poczuł ulgę, kiedy mógł odetchnąć w pełni, nabierając powietrza. Przyparł dłoń do piersi, nie pozwalając się zsunąć ubraniu, w końcu byłby kompletnie nagi, to nie przystoi. Z drugiej strony paradowanie w sukni i całowanie elfów też na pewno nie należało do pozycji aprobowanych przez społeczeństwo.
    - Naszyjnik również ściągnij... - Tym razem brzmiał dużo potulniej. Może to dlatego, że w końcu mógł oddychać? A ponoć tlen podsycał ogień. Zawsze wiedział, że jego guwernanci bredzili od rzeczy. Wzdrygnął się, czując jak odgarnia mu włosy z karku i delikatny dotyk jego palców na swojej szyi. Kiedy skończył, odwrócił się przodem do Coena, napotykając go bliżej siebie, niż się tego spodziewał. Zamrugał szybko wymalowanymi powiekami oprawionymi w obwolutę długich ciemnych rzęs.
     - Może też to ściągniesz? Znaczy, wiesz... to nie może być wygodne. - Mruknął Vincent nieco skrę-powany nieprzeniknioną miną elfa. Nie wiedział, czy jest zły, a może po prostu zmęczony? Usta zaciśnięte miał w cienką linię, a w czarnych oczach nie mógł dopatrzyć się żadnej wskazówki.
      Mimo że elf nie odpowiedział, chłopak miał rację, żabot gryzł go niemiłosiernie. Uniósł rękę i ściągnął rzemyk z włosów. Rozpiął pierwsze guziki pod szyją. Nadal patrząc na niego, tym lodowatym spojrzeniem. Zrzucił z siebie wierzchnią warstwę, zostając w samej białej koszuli. Zaczął rozpinać następne guziki, by w końcu zniecierpliwiony w połowie chwycić materiał i ściągnąć go szybko przez głowę. Białe włosy rozlały się kaskadą na jego ramiona i pierś. Zatrzymał się, widząc jak Vincent stoi, ciągle kurczowo trzymając ciężki czerwony materiał przy swojej piersi. I miast iść i przebrać się gdzieś w drugim końcu izby patrzy się tylko na niego.
      - A ty? Nie ściągasz sukni? Nie mów, że nagle Ci się spodobała?
    - Nie. Znaczy... O jej, zimno się zrobiło... - Mruknął żwawo i wrócił na brzeg łóżka, wstydząc się za siebie.
      Ale beznadzieja. Vincent bądź dzielny, przecież to też mężczyzna! - Pomyślał książę. - To, że masz na sobie suknię, nic nie zmienia. Nadal jesteście tacy sami! A pocałunek? Pocałunek to był zwykły pokaz, popis, na potrzeby teatrzyku.
Mężczyzna podszedł i oparł się o jedną z kolumienek łóżka, aby nie stracić równowagi, podczas kiedy zajmował się butami. Nie, żeby miał jakieś wątpliwości co do swojego poczucia równowagi, ale po alkoholu każdemu może się zdarzyć lekkie zachwianie.
      - Pha, zimno mówisz? Lato, a wampirowi robi się zimno.
      - Patrzcie go, jaki masz dobry humor Coen, jednak nie jesteś zły?
      - O co?
      - Że na Ciebie nakrzyczałem.
    - Powiedzmy, że zdążyłem się przyzwyczaić. To też mam pomóc Ci ściągnąć? - Splótł ręce na piersi. Książę zadarł nos, żeby spojrzeć na niego. Choć trochę za dużo uwagi przykładał, żeby jego spojrzenie nie padło nigdzie indziej niż na twarz.
      - Nie. - Wstał raźnie i puścił materiał, pozwalając sukni spłynąć, pieszcząc jego skórę. Spodziewał się, że elf skromnie odwróci wzrok, mylił się, przez co speszył się i odwrócił się, zaplatając ręce na piersi, nieporadnie osłaniając się niby od niechcenia. Gdyby tylko wiedział, jak Coen żałował teraz, że jednak pozbył się tej bielizny. Widok byłby więcej niż godzien podziwu.
      - Naprawdę to lubisz? Kiedy Cię gryzę? - Zapytał, stojąc przed nim nagi. Odwrócił głowę w bok, tak by widzieć go. Odetchnął, nie chcąc znów irytować się jego milczeniem. Zmrużył lekko oczy — Bo ja lubię. Nawet bardzo. - Przyznał, żałując że nie miał nic na sobie, by móc nieco swobodniej się zachować. Chwycił narzutę z łóżka, okrywając nią ramiona i chwytając ręką z przodu, by poły nie rozchodziły się. Odwrócił się
i powoli przysunął się do niego. W sumie nie szkodziło, że milczał. Może nawet zaczynał to lubić, był inny.
A on tę inność cenił. Jego wzrok padł na ślady, które do tej pory ukrywał wysoka stójka żabotu.
      - I nie dlatego, że sprawia to, że nie jestem głodny. Więc... Kiedy proponujesz. Nie proponuj tego, jeśli łudzisz się, że byłbym w stanie odmówić, tylko ze względu na to, że moja krwiopijcza fizjologia nie wymaga tego. Rozumiesz? - Czy dało się to wyjaśnić w bardziej pokrętny sposób? Może, gdyby się postarał.
Elf jednak dał wyraz temu, że zrozumiał podchodząc do niego i kładąc dłonie na jego ramionach. Przejechał nimi w dół, chwycił go za przedramiona i zarzucił je sobie na kark. Vincent poszedł za ciosem zachęcony, położył wargi na jego skórze, tam, gdzie widoczne były jeszcze ślady po jego ukąszeniu. Coen spiął się w oczekiwaniu na jego kły tnące skórę, ale poczuł tylko jego miękkie wargi przyciskane do jego skóry. Przesunął dłonie na jego plecy. I sunął po nich, mnąc materiał, którego szorstkość drażniła skórę młodzieńca. Przycisnął go do siebie mocno i pociągnął za sobą, kiedy opadł na łózko. Vincent uniósł się. A, by usytuować się wygodnie, rozsunął nogi, siadając na jego udach.
      - Dziwnie mi Coen. - Mruknął i spojrzał na niego rumiany.
      - Nie czuj się dziwnie. Ugryź, gdzie chcesz.
     - Gdzie chcę? - Omiótł spojrzeniem jego ciało, płaski brzuch, mostek, zarysowane żebra. Muskularne ramiona, rozsypane białe włosy. Czarne jak noc oczy i uchylone lekko usta. - Czasem myślę... Ma​m wrażenie jakby było lepiej, gdybym był Vini. - Rzucił, pąsowiejąc jeszcze bardziej i nie dając mu czasu, by odpowiedzieć pochylając się nad nim. Przysunął swoją twarz do jego, zbliżając tym samym wargi do ust elfa.
     - Vincent, oszalałeś. - Przemówił jakiś wewnętrzny głos, a on się zatrzymał. Jednak było za późno na wahanie, poczuł dłoń elfa z tyłu swojej głowy. Palce wplatające się w jego ciemne włosy, burzyły ich staranne ułożenie i przyjemnie drażniły skórę głowy. Przyciągnął go lekko, nienachalnie. Nie potrzebował więcej, jedynie impulsu. Ich usta złączyły się.
      Nie chciał być nachalny i wystraszyć chłopaka, nie żeby wcześniej na uczcie nie całował go gwałtownie i łapczywie. Ale wtedy nie miał pojęcia, wtedy było inaczej. To było coś innego.
Przyciśnięte do siebie gorące wargi niby tak niewiele. Czasem robi się wiele głupstw, a kiedy poczuje się to nawet niewinne zetknięcie dłoni, do którego dąży dwójka niepewnych uczuć drugiej strony osób, elektryzujące i przyśpieszające puls. Teraz to czuł. Jakąś cholerną, głupią radość, której nie powinien czuć, a która go wypełniała. A jej źródłem była ta nieporadna inicjatywa chłopaka. Poczuł, jak niepewnie uchyla usta. Odpowiedział momentalnie, pogłębiając pocałunek. Zaczął oddawać go namiętnie, lecz powoli. Chłopak mruknął w jego usta, dostając to, czego chciał i znów jęknął, kiedy Coen przerwał pocałunek. Vincent szybko znalazł zajęcie dla swoich ust, pochylił się do jego ramienia. Przejechał językiem po wyraźnie zarysowanym obojczyku, aż do miejsca gdzie nikł. Polizał to miejsce, niemal już czując jego smak. Uchylił usta, owiewając jego skórę oddechem. Białe kiełki błysnęły, kiedy wygryzł się powoli w skórę, słysząc stłumiony jęk elfa. Nie chciał go jednak jakoś specjalnie wykończyć, wiec zaraz cofnął zęby i zaczął zlizywać, to co sączyło się z małych ranek. Smakował inaczej. Jak on, nadal cudownie, ale inaczej. Lekko gorzkawy smak wybijający się ze słodyczy.
    - Niżej. - Gardłowy pomruk oderwał go od myślenia o tej dziwnej, nieznajomej nucie. Ostatni raz przesunął językiem po rankach, po czym złożył pocałunek trochę niżej. Pocałunkami wytyczał ścieżkę, ciesząc się, że może tak bezwstydnie i dokładnie badać krzywizny jego ciała. Elf uniósł się nieznacznie i oparł na łokciach, dając sobie możliwość spoglądania na niego. Doznania były jeszcze bardziej intensywne, możne to alkohol, możne fakt przyglądania mu się w trakcie tego dziwnego badania. Czuł jak mięśnie w jego podbrzuszu ściskają się rozlewając po jego ciele falę ciepła.
Zapomniał się, czując pod ustami ciepło jego skóry, kroczek po kroczku, pocałunek po pocałunku zjechał do jego klatki. Odsunął się do kolejnego pocałunku w poszukiwaniu kolejnego fragmentu skóry, który mógłby posmakować. Spojrzał na ciemniejszy punkcik na jego jasnej skórze. Zawisł na chwilę nad jego skórą nagle absolutnie speszony.
      Czy... powinien? Czy mógłby go dotknąć? Serce waliło mu jak oszalałe. Bał się, co Coen pomyśli, jeśli to zrobi. Odwrócił wzrok i przywarł wargami nieco wyżej by zaraz potem znów przebić jego skórę i powoli nieśpiesznie zlizywać z niej szkarłatny płyn.
Coen, który czuł jak z każdym pocałunkiem rosło w nim napięcie. Niemal jęknął czując ukłucie bólu, ale nawet ono nie zamaskował chwilowego zawahania się chłopaka. Nie wiedział, do czego zmierza wampir, czy w ogóle do czegoś zmierza, podczas gdy on był już w takim stanie. Wstrzymywał się tylko na wzgląd na chłopaka. Bogowie! Co on wyprawiał! Dosłownie parę dni temu był zmuszony tłumaczyć dzieciakowi, o co posadziła ich tamta elfka, a teraz to? Wiedział, że dzieciak jest całkowicie zielony, dał mu też jasno do zrozumienia, że nie chodzi o głód, ale to nie znaczyło wcale, że sedno sprawy może leżeć głębiej, niż zwykła zachcianka księcia. To był zimny kubeł. Zachcianka księcia. Nie powinien. Przez wzgląd na to, co kryło się za oboma słowami. Vincent miał wrócić do swojego zamku. Objąć tron i żyć dalej w swoim półświatku za murem. Może mógłby go tam odwiedzać. Czasem. Jakby już sam fakt tego, że stał się wampirem nie był wystarczająco niepokojący i mógł o zgrozo zwrócić czyjąś uwagę, to jeszcze trzeba było elfa, który składa mu wizyty na zamku. No i sukcesja. Żona, na którą będzie naciskał jego zatroskany ojciec, gdy przyjdzie na to czas. No i potomek, w końcu tron musi mieć dziedzica. Czy wampiry mogą mieć dzieci? Nie, żeby komuś, kto żyje wiecznie był potrzebny dziedzic tronu.
      - Vincent? - Miał zachrypnięty głos. Panicz słysząc swoje imię oderwał się od skóry i spojrzał na niego nieco ubrudzony krwią na ustach, a on się zastanawiał jak mógł do tego dopuścić, znowu. I po co te wszystkie myśli. Ile by dał, żeby czasem móc wiedzieć co myśli druga osoba? Choć to takie proste. Wystarczy zapytać. Już uchylał usta, by wypowiedzieć na głos jakąś nieskładną myśl, ale on był szybszy.
      - Zabolało? - Zapytał, myśląc, że o to właśnie chodzi. Nie wyglądał już na zdenerwowanego jak wtedy w uliczce z elfem.
     - Nie, to nie to. - Był po prostu cholernie podniecony, a jednocześnie czuł wyrzuty sumienia. - Skończmy to teraz.
Elf usiadł, zmuszając i jego by się wyprostował. Patrzył w te zszokowane zielone oczy, które nie wiadomo, w którym momencie tej przedziwnej wyprawy zdały mu się piękne. Może to przez ich kolor. Las też był piękny, był zielony i były takie momenty, kiedy liście, przez które świeciło słonce, przybierał właśnie taki kolor. „Na prawdę z Tobą źle Coen” stwierdził sam przed sobą, co dodatkowo go otrzeźwiło. Dosłownie i w przenośni.
Vincent sapnął zdziwiony i zawiedziony. Nawet nie zaprotestował, kiedy elf, wstając gwałtownie, nie przejmując się nim, zrzucił go na bok. Zapadł się w miękkiej pościeli, czując się bezwładnie ciągle omotany narzutą z łóżka. Czuł się jakby, ktoś właśnie upuścił z niego całe powietrze. Nie wiedział co powiedzieć... ale tylko przez chwilę.
      - Nie traktuj mnie tak.
      - Jak?
      - Jak dziecka!
      - Jesteś dzieckiem.
     - Mam prawie 17 lat! W tym wieku mężczyźni zakładają już rodziny. - Elf nie odpowiadał, usiadł na brzegu łóżka. Czemu on tyle milczał! Prychnął więc. Nie zamierzał odpuścić. - Tak, dla takiego zgrzybiałego elfa to tyle, co nic. Ot szczenie, elfy w tym wieku to jeszcze dzieci. Nie jestem elfem. Może nie widzisz? - Rozłożył ramiona demonstracyjnie, pozwalając opaść narzucie z ramion, odsłaniając tors.
      - Nie rozumiesz.
     - Nie, Coen. - Ze złości oczy zalśniły mu od łez, a może to po prostu był już jego charakter, za łatwo dawał się emocjom. - Ty nie dajesz mi zrozumieć. Ja nie rozumiem, zgadza się, ale jak mam zrozumieć, skoro nie dajesz mi szansy, nie mówisz mi, o co chodzi. Nie myśl, że jestem takim dzieckiem. - Uśmiechnął się dość niespodziewanie, zaskakując sam siebie, ale to o czym pomyślał, po prostu w dziwny sposób napawało go ciepłem. Może elf też czuł się zagubiony i tylko grał takiego chojraka?
      - I wiesz co? Ja też nie spodziewałem się, że Cię tak polubię. - Nie do końca był pewien czy to, co mówi nie było zwykłym bełkotem, strzałem na oślep, może elf go nie lubił, ale ciężko było w to uwierzyć, nie robi się takich rzeczy, kiedy się kogoś nie lubi. Czemu był na tyle głupi, żeby wcześniej poddawać to w wątpliwość. Ktoś, kto kogoś nie lubi, nie zachowuje się tak, jak zachowywał się elf. Troszczył się o niego, w sposób, który przekraczał granice opieki. Znacząco. Może czasem zachowywał się jak stary piernik i robił dziwne rzeczy, których logikę poddałby w wątpliwość, ale może po prostu takie są elfy. Zaśmiał się skromnie, przykładając dłoń do ust, po części w wyuczonym odruchu zasłaniania ząbków, który wpajał sobie przez cały wieczór, aby nie dać się zdemaskować. Był zmęczony.
      - Z czego się śmiejesz?
      - Z Ciebie. - Teraz zanosił się już śmiechem.
      - Czasem ciężko nad Tobą nadążyć Vincent.
      - Nad Tobą też. - Nie zamierzał być mu w niczym dłużny. Wampir powoli się uspokajał. Ziewnął w koń-cu przeciągle, teraz już nie troszcząc się o kurtuazję i prezentując szereg białych ząbków z ostrymi kłami. - Skoro już siedzisz. Przynieś mi coś do spania. - Elf sięgnął do kieszeni i rzucił w niego zwiniętym w kulkę skrawkiem materiału. Zwitek koronki wylądował na kolanach Panicza.
      - Bez takich, chce mi się spać. Jeśli miało być śmiesznie, nie wyszło.
     - Dobrze, dobrze. - Elf wstał i podszedł do rzeczy panicza, by wziąć stamtąd jakieś normalne ubranie. Wrócił do łóżka i podał mu je, a sam położył się obok, nadal w spodniach. Kołdra obok chwilę się kotłowała, kiedy Vincent się pod nią przebierał. W końcu pościel przestała się burzyć. Panicz obrócił się plecami do niego i leżał. Chwilę. Zastanawiał się, czy elf śpi. On tymczasem miętolił róg kołdry.
      - Coen?
      - Hmm.
      - Śpisz? 
   - YyYmm. - Chwilę zastanawiał się, czy to znaczy tak, czy nie, po czym uznał to za głupie, skoro odpowiadał, to nie spał. Raz kozie śmierć.
     - Masz kogoś? - Najpierw odpowiedziała mu cisza. Może faktycznie za bardzo pchał nos w nie swoje sprawy. Jednak chciał wiedzieć, żeby zrozumieć...
      - Byłeś śpiący.
      - Nie drocz się.
     - Nie mam. - Czemu poczuł się zadowolony z tej odpowiedzi. Napawało go pewną dozą optymizmu, mimo że może nie powinno. Po chwili namysłu stwierdził jednak, że to nic nie znaczy, Elf miał ponad 100 lat, na pewno byli w nim ludzie ważni. Jego życie nie mogło być tak puste.
      - Ale miałeś kogoś?
      - Tak.
      - Kim była?
Tym razem bardzo długo milczał. Zaczął przypuszczać, że zasnął.Był o tym niemal przekonany, kiedy...

      - Dobranoc Vini.

9 komentarzy:

  1. Tak długo czekam, kiedy kolejny rozdział?!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie krócej niż ja, na jakikolwiek znak, że ktoś to czyta :0

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja czytam! I co chwilę sprawdzam. Już zaczęłam tracić nadzieję, że cokolwiek się pojawi. NIEPRZESTAWAJPISAĆBŁAGAMMM!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ej no. Unfair. Jako zwyrodnialec i czlowiek kochajacy czytac chce wiecej, ba potrzebuje ;-;

    OdpowiedzUsuń
  5. Dokładnie! Podbijam! Ja też chcę więcej. Nie skazuj nas na tak długie czekanie :/
    Zacznij pisać. Proooooooooosze!

    OdpowiedzUsuń
  6. Na razie mam urwanie głowy. 12 obrona pracy licencjackiej. Trzymajcie kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej, hej, hej! Witam i o rozdział pytam!

    OdpowiedzUsuń
  8. I znów witam i znów pytam

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga