niedziela, 26 lutego 2017

15. Okowy z koronki

 Zamknął oczy. Otworzył je szybko. Czemu za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział to! Widział, jak Coen się pochyla. Myślał o tym, jak z początku delikatnie objął ustami jego wargę, otulając ją miękkością. Jak w końcu przyciska je do niego mocniej, zmuszając go do uchylenia ust i wpuszczenia do środka ciepły język elfa. Zamknął powieki. Znów poczuł ze wzmożoną siłą, jak ciężko złapać mu oddech w tym gorsecie. Cieszył się, chociaż że nie pisnął z zaskoczenia, na jego szczęście... o ironio... miał zatkane usta, więc jego pisk przerodził się tylko w ciche mruknięcie wprost w usta elfa. Zmusił się, by znów uchylić oczy, przerywając tę wizję.
I jeszcze Oswald! Oswald i ten jego uśmieszek, kiedy życzył im udanej nocy. A kiedy sięgnął po rękę Vincenta i przyciągnął go siebie, by ucałować w policzek na pożegnanie, Coen zrobił znowu coś dziwnego. Niemal tak samo dziwnego, jak ten pocałunek. Chwycił Viniego za talię i odciągnął od Oswalda, jednocześnie chwytając jegomościa za przegub i zmuszając, by puścił jego rękę. Oswald, nie mniej zdziwiony niż wampir zachwiał się, aż puszczając go pod naporem ręki, która zostawiła czerwoną pręgę na skórze w miejscu, w którym chwyciła. To i ten pocałunek. Znów zarumienił się jak wtedy i po raz kolejny spojrzał na elfa wściekłym spojrzeniem. To właśnie to spojrzenie panicza, ciskające pioruny trzymało elfa dokładnie na przeciwległym końcu karocy. Od wrzasku powstrzymywała go tylko świadomość tego, że woźnica i odźwierny mogą go usłyszeć. Tupał tylko nerwowo bucikiem z zaplecionymi na piersi ramionami, starając się opanować. Ochłonąć, nie robić awantury. Jak na damę przystało.
Atmosfera była nie do wytrzymania i jeszcze ta karoca! Może to nie wina samego wozu, a drogi, którą ich wieziono, ale niemiłosiernie nimi rzucało.
      - Co to miało być? - Syknął jadowicie.
    - Hemm? Kolacja. Wiem, wyglądało bardziej jak uczta, ale przysięgam Oswald przedstawiał to jak kameralną kolację.
- Nie o tym mówię – Nadął policzki szukając słowa. - Głupku.
Brawo, Vincent, toś go zbeształ. - Pomyślał, odwracając głowę ku oknu, gdy powóz znów szarpnął nimi gwałtownie i podskoczył na kolejnym wyboju. Najwyraźniej im dalej od ścisłego centrum i willi, czy może lepiej to nazwać, pałacyku Oswalda tym drogi były gorsze. Przecinające się koleiny, powstałe w brei teraz wyschnięte i schłodzone przez wieczorny spadek temperatury, sprawiały, że droga była karygodna w mniemaniu Vincenta.
      - Wiesz, że nie chodzi mi o to.
      - O co? - Vincent spąsowiał ze złości słysząc pytanie.
      - Jak to o co? Nie żartuj sobie ze mnie. I co to za miny stroisz?! Przedrzeźniasz mnie?
     - Vincent... - Coen dziwnie zbladł na twarzy, aż wampir zamilkł z lekka przerażony. – Vincent, niech się zatrzymają.

     Już po chwili stali na bruku. Było ciemno, zimno i brudno, a on mógłby przysiąc, że nie szli tędy dziś wieczorem do dworku Oswalda. Pewnie powóz nie mógł się przecisnąć przez wąskie uliczki, którymi szli. Elf chwilę stał oparty o fasadę budynku odzyskując kolory po czym podszedł nieco chwiejnym krokiem i podsunął mu ramie, a on zarzucił na nie rękę. Nie żeby tego chciał! O nie... Po prostu teraz role się odwróciły, to nie elf pomagał mu utrzymać równowagę na tych pieruńskich obcasach. To on, mimo że kostki chwiały mu się momentami przez obcasy starał się trzymać go w pionie. Nie chodziło o to, że nie chciał, żeby elf się wywalił. Z chęcią patrzyłby, jak ląduje na ziemi i stara się podnieść, ale za bardzo kochał swoje miękkie łóżko, wiernie czekające na niego w pokoju tawerny, żeby pozwolić utytłanemu błotem elfowi położyć się w piernatach w których sam miał spać. A myć go nie miał najmniejszego zamiaru. Zresztą, kto powiedział, że elf w ogóle będzie spał w łóżku. Coen mocniej zachwiał się, więc myśli umknęły, kiedy on wszystkie swoje siły wkładał w utrzymanie siebie i jego, co w tych butach prostym zadaniem nie było. Odetchnął starając się znaleźć jakieś plusy kiedy jego nogi wykręcały się a obcasy grzęzły w twardym błocie. Z chwili na chwilę odczuwał jednak coraz większą ulgę, a elf dawał się prowadzić z większą łatwością, być może dzięki chłodnemu powietrzu.
     - Ale przynajmniej mamy to już za sobą. - Zaczął pokrzepiać sam siebie. - Chyba nikt się nie domyślił, zwłaszcza po Twoim finiszu. - Znów zgromił go spojrzeniem.
     - No i zaraz ściągnę tę pieruńską suknię. Zdejmę te cholernie niewygodne buty i pozbędę się bielizny. Majtki mi się wżynają, nie powiem gdzie. Koronki są piękne, kto mógłby przypuszczać, że potrafią być tak okrutne! Teraz zaczynam ich powoli nienawidzić. Nigdy, nigdy więcej czegoś takiego nie dam na siebie wcisnąć. Misterny, finezyjny, ażurowy, podstępny potwór...
      - Jeśli chcesz mogę Ci je zdjąć. - Mruknął gdzieś w przestrzeń przed sobą elf brzmiąc przy tym całkiem poważnie i dużo mniej nietrzeźwo niż jeszcze przed chwilą. Vincent popatrzył na niego zdziwiony, niemal zapomniał, że tu jest, nie biorąc pod uwagę ciężaru, jakim się na nim opierał. A już na pewno nie przypuszczał, że kontaktuje i – co więcej – słucha jego bezsensownego monologu, którym dodawał sobie animuszu.
     - Nie... Nie tu. - Zaczerwienił się. Przecież w pokoju ściągnie gorset, będzie mógł zrobić to sam. - Przecież jesteśmy na ulicy.
Ten jednak chwycił go za dłoń po to, by pociągnąć go w mijaną właśnie ciemną, wąską alejkę z gracją i siłą, o jaką jeszcze przed chwilą nie podejrzewałby pijanego, idącego slalomem kompana.
      - Vini, czy naprawdę chcesz męczyć się tak aż do naszego pokoju? - Zapytał, zatrzymując się i obra-cając w jego stronę. Stając twarzą w twarz z księciem wpatrującym się w niego ze strachem w swoich szeroko otwartych zielonych oczętach.
      - N... Nie mów tak do mnie. Nie nazywaj mnie Vini. Jesteś pijany i nie wiesz co mówisz. - Odparł cicho i zaśmiał się, starając się obrócić to w żart, mimo że serce ukryte pod karminową suknią łopotało niczym wróbel starający się wyrwać z jego piersi. Jednak kiedy chciał postąpić krok, białowłosy zatrzymał go wyciągając rękę i kładąc dłoń na murze, zagradzając mu tym samym drogę odwrotu.
    - Chodźmy do pokoju. - Tym razem niemal zażądał, jednak na koniec złamał się wobec braku odpowiedzi. - Coen, bardzo proszę...
       - Daj spokój, naprawdę wolisz się męczyć wampirku? - Zapytał delikatnie, przypierając go do ściany.
Aż wstrzymał na chwilę oddech. Coen był inny po alkoholu. Zupełnie jak wtedy w wiosce. Wtedy kiedy poprosił go...
     - Choć tyle mogę Ci ulżyć, skoro musiałeś się tam męczyć cały, długi wieczór. - Przez cały czas bezwstydnie patrzył mu w oczy. Pochylił się odrobinę, tak że jego oczy znalazły się niżej. Vincent oparł się o ścianę jeszcze bardziej, jakby chcąc się w nią wcisnąć, dając sobie tym samym więcej przestrzeni. Spuścił wzrok w dół. Suknia była zbyt rozłożysta, by to widzieć, ale poczuł jak sięga dłonią, podnosząc rąbek sukni i kładzie chłodną dłoń tuż powyżej jego kolana. Elf go perfidnie hipnotyzował, brunet nie wiedział już co mówić, bo wszystko, co przyszło mu do głowy to jakiś bezsensowny bełkot. Na dodatek ten wzrok był taki... Wzdrygnął się od zimnych dłoni spoglądając na pochylonego elfa.
       - D...dojdę w nich, Coen, nie wygłupiaj się. Wstawaj... - Mruknął szeptem mało przekonującym głosem. Inaczej pewnie by wrzasnął, a nie chciał budzić tej połowy miasta, która nie została zaproszona na 'kolacje' i teraz smacznie spała w łóżkach. Jednak mimo protestantów jego ręka zaczęła sunąć w górę po jego udzie. Z każdym przebytym calem czuł dziwny dreszcz przebiegający po jego ciele. Dłoń na chwilę zatrzymała się, kiedy natknęła się na koronkę podwiązki, a on niemal sapnął.
         - Jesteś pewien, że nie trzeba? - Musnął palcami koronkę, czekając na pozwolenie chłopaka. - Nawet jeśli odmówisz, będę czuł się wygrany. Jeśli w nich zostaniesz. Wiesz, nie miał okazji zobaczyć Cię w tym przyszykowanym z myślą o Tobie komplecie.
       - T...tak, ale jak tak bardzo chcesz zdjąć ją teraz... zdejmij... - Wydukał spłoszony i cichy. Nie wiedział, która z tych opcji jest gorsza. A skoro jego dłoń zawędrowała już tak wysoko. - Tylko szybko. Wstań już Coen... I chodźmy do domu. - Poprosił jeszcze ciszej.
Zlitował się nad nim, resztę dystansu pokonał nieco szybciej, nie zmieniało to jednak, że Vincent niemal trząsł się, czując to. Elf wsunął dwa smukłe palce pod koronkę z boku, na jego biodrach i przejechał po jej długości.
     - Szkoda. Musi wyglądać na Tobie ładnie. - Powiedział w końcu na głos to, co kołatało mu się po głowie, od kiedy zobaczył zawartość tajemniczego pudełeczka. Pociągnął bieliznę w dół, przez alkohol płynący w jego krwi i mącący umysł, zasnuwający go ciężką mgłą, nie zauważył jak delikatna mgiełka materiału stała się obcisła.
      Na wszystkie jego skarby świata... Vincent Odetchnął, kiedy poczuł smyranie materiału na kostkach. Uniósł jedną nogę, pozwalając mu ściągnąć ją do końca. Następnie zrobił to samo z drugą, wyzbywając się majtek całkowicie. Czuł się tak dziwnie, że miał ochotę uciec niczym kopciuszek. Tylko co to za księżniczka co gubi majtki w ciemnej miejskiej alejce? No i on nigdy nie dałby siebie tak traktować. Chcąc czy też nie oddech tak mu przyspieszył, że jeszcze ciężej mu się oddychało. Aż pociemniało mu przed oczami od łapania tych niepełnych, urywanych oddechów.
      - Coen... chce iść zdjąć suknie... - mruknął cicho czerwony niemal tak samo, jak jego kreacja.
      - Dobrze Vini. - Mruknął Coen, wsuwając zaciśniętą pięść do kieszeni spodni.

      Może nie miał tej niewygodnej bielizny, ale całą drogę towarzyszył mu dziwny przewiew.
     - Nigdy więcej... - Przysiągł sam przed sobą i puścił ramię, które tak jakoś wyszło, znów trzymał, kiedy podeszli pod karczmę, w której się zatrzymali. Chwilowa ulga, że są już na miejscu, ustąpiła, kiedy zobaczył schody. Nie miał zamiaru się męczyć. Basta! Koniec przedstawienia. Stanął u ich podnóża i wysunął stopy z pantofelków na obcasie i dopiero po tym ruszył w górę, zostawiając po sobie buciki w miejscu, w którym stał. Nie zatrzymał się, kiedy usłyszał jak kroki za nim cichnął na chwilę, nie miał zamiaru czekać na towarzysza, jeszcze napatoczyliby się na jakiegoś gościa przybytku, a on miał dość teatrzyku i gadania tym przesadnie słodkim głosikiem. Kiedy wszedł do środka. Poszedł do łóżka, w linii prostej, bez przystanków, myśl o miękkim materacu utrzymywała go przy życiu. Padł na niego jak długi.
      - Coś zgubiłeś. - Nie widział go, ale słyszał.
Prychnął w odpowiedzi, jednak materac stłumił ten dźwięk.
     - Już miałem nadzieję, że zresztą będziesz równie niecierpliwy. - Przyparł się plecami do drzwi domy-kając je. Vincent uniósł się, mając ochotę mu odpysknąć. Buciki ze stukotem upadły na podłogę u stóp elfa, a on śledził je wzrokiem i zatrzymał go na chwilę, gdy uderzył go kontrast. Przy jego obutych stopach elfa, pantofelki na obcasie wyglądały na małe i groteskowe wręcz infantylne w swej fikuśnej formie.
      - Jesteś głodny? - Panicz poderwał głowę i przełkną ślinę.
     - Nie. Ja jadłem. Niedawno. Wiesz przecież. Po co pytasz? Głupie pytanie... - Nie spodziewał się tego. Choć jeśli o tym pomyśleć, o tym jak się zachowywał ostatnio... mógł się spodziewać. Czemu się tak cholernie płoszył za każdym razem, kiedy on o tym wspominał? Elf natomiast wzruszył tylko ramionami, przybierając obojętną, nieco nonszalancką pozę.
      - Nie wiem. Ja jadłem i piłem przez cały wieczór. Pomyślałem, że Tobie też coś się należy, zwłaszcza że tak się dziś namęczyłeś. Świetnie się spisałeś.
      - Nie jestem zwierzątkiem. Nie próbuj mnie tresować nagradzając przekąskami. - Czemu miał wrażenie, że głos mężczyzny wyrażał... co właściwie. Nadzieję? Może Kpinę. Trudno było stwierdzić, ale wolał zachować bezpieczny dystans i obrócić to w żart, mimo że ostatnim razem nie zdało to efektu, wydawało się dalej najlepszą linią obrony. Miał na to ochotę, to było przyjemne, może nie dla elfa, ale on na pewno czerpał z tego przyjemność. Wzrok miał teraz utkwiony w baldachimie, ale gdyby spojrzał na elfa, widziałby jak oczy lśniły mu w wątłym świetle i wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem.
      - Nie jesteś. - Przyznał. - Po prostu chciałem... - Młodzieniec nie dał mu dokończyć, usiadł gwałtownie, wciskając dłonie zaciśnięte w pięści po bokach swoich ud.
     - Przestań! - Spojrzał na niego zły. - Przestań się wykręcać. Kręcić, udawać, wymigiwać się. Przyznaj się, lubisz to? - Milczenie elfa tylko bardziej go irytowało.
      - Lubisz, kiedy Cię gryzę. Podobało Ci się. Wtedy w namiocie. I w osadzie.
      - Nie pamiętam...
      - Wiem, nie pamiętasz nic z osady. Bla, bla, bla. No dalej, jeszcze coś? - Dalej milczał. Vincent podniósł się i podszedł do niego, czując jak bacznie śledzi go spojrzenie z góry, ale on nie miał dziś ochoty bawić się w kotka i myszkę. Nie, kiedy cały wieczór męczył się w tym stroju. Nie, kiedy z każdym krokiem czuł odciski na stopach. Nie, kiedy elf go tak pocałował. Nie, kiedy upokorzył go w tej alejce. Nie spuszczał z niego wzroku zielonych oczu, patrzył prosto w tęczówki i aż czuł, jak pieką go policzki. Stanął przed nim blisko i odwrócił się do niego tyłem. Kasztanowe loki zafalowały. Pochylił lekko głowę.
   - Poluźnij to pieroństwo, bo zaraz zemdleję. - Zażądał twardo i już po chwili poczuł lekki luz, kiedy białowłosy pociągnął za wstążkę, a następnie jego smukłe palce prześlizgiwały się po naprężonej tasiemce między koluszkami gorsetu, poluźniając go. Poczuł ulgę, kiedy mógł odetchnąć w pełni, nabierając powietrza. Przyparł dłoń do piersi, nie pozwalając się zsunąć ubraniu, w końcu byłby kompletnie nagi, to nie przystoi. Z drugiej strony paradowanie w sukni i całowanie elfów też na pewno nie należało do pozycji aprobowanych przez społeczeństwo.
    - Naszyjnik również ściągnij... - Tym razem brzmiał dużo potulniej. Może to dlatego, że w końcu mógł oddychać? A ponoć tlen podsycał ogień. Zawsze wiedział, że jego guwernanci bredzili od rzeczy. Wzdrygnął się, czując jak odgarnia mu włosy z karku i delikatny dotyk jego palców na swojej szyi. Kiedy skończył, odwrócił się przodem do Coena, napotykając go bliżej siebie, niż się tego spodziewał. Zamrugał szybko wymalowanymi powiekami oprawionymi w obwolutę długich ciemnych rzęs.
     - Może też to ściągniesz? Znaczy, wiesz... to nie może być wygodne. - Mruknął Vincent nieco skrę-powany nieprzeniknioną miną elfa. Nie wiedział, czy jest zły, a może po prostu zmęczony? Usta zaciśnięte miał w cienką linię, a w czarnych oczach nie mógł dopatrzyć się żadnej wskazówki.
      Mimo że elf nie odpowiedział, chłopak miał rację, żabot gryzł go niemiłosiernie. Uniósł rękę i ściągnął rzemyk z włosów. Rozpiął pierwsze guziki pod szyją. Nadal patrząc na niego, tym lodowatym spojrzeniem. Zrzucił z siebie wierzchnią warstwę, zostając w samej białej koszuli. Zaczął rozpinać następne guziki, by w końcu zniecierpliwiony w połowie chwycić materiał i ściągnąć go szybko przez głowę. Białe włosy rozlały się kaskadą na jego ramiona i pierś. Zatrzymał się, widząc jak Vincent stoi, ciągle kurczowo trzymając ciężki czerwony materiał przy swojej piersi. I miast iść i przebrać się gdzieś w drugim końcu izby patrzy się tylko na niego.
      - A ty? Nie ściągasz sukni? Nie mów, że nagle Ci się spodobała?
    - Nie. Znaczy... O jej, zimno się zrobiło... - Mruknął żwawo i wrócił na brzeg łóżka, wstydząc się za siebie.
      Ale beznadzieja. Vincent bądź dzielny, przecież to też mężczyzna! - Pomyślał książę. - To, że masz na sobie suknię, nic nie zmienia. Nadal jesteście tacy sami! A pocałunek? Pocałunek to był zwykły pokaz, popis, na potrzeby teatrzyku.
Mężczyzna podszedł i oparł się o jedną z kolumienek łóżka, aby nie stracić równowagi, podczas kiedy zajmował się butami. Nie, żeby miał jakieś wątpliwości co do swojego poczucia równowagi, ale po alkoholu każdemu może się zdarzyć lekkie zachwianie.
      - Pha, zimno mówisz? Lato, a wampirowi robi się zimno.
      - Patrzcie go, jaki masz dobry humor Coen, jednak nie jesteś zły?
      - O co?
      - Że na Ciebie nakrzyczałem.
    - Powiedzmy, że zdążyłem się przyzwyczaić. To też mam pomóc Ci ściągnąć? - Splótł ręce na piersi. Książę zadarł nos, żeby spojrzeć na niego. Choć trochę za dużo uwagi przykładał, żeby jego spojrzenie nie padło nigdzie indziej niż na twarz.
      - Nie. - Wstał raźnie i puścił materiał, pozwalając sukni spłynąć, pieszcząc jego skórę. Spodziewał się, że elf skromnie odwróci wzrok, mylił się, przez co speszył się i odwrócił się, zaplatając ręce na piersi, nieporadnie osłaniając się niby od niechcenia. Gdyby tylko wiedział, jak Coen żałował teraz, że jednak pozbył się tej bielizny. Widok byłby więcej niż godzien podziwu.
      - Naprawdę to lubisz? Kiedy Cię gryzę? - Zapytał, stojąc przed nim nagi. Odwrócił głowę w bok, tak by widzieć go. Odetchnął, nie chcąc znów irytować się jego milczeniem. Zmrużył lekko oczy — Bo ja lubię. Nawet bardzo. - Przyznał, żałując że nie miał nic na sobie, by móc nieco swobodniej się zachować. Chwycił narzutę z łóżka, okrywając nią ramiona i chwytając ręką z przodu, by poły nie rozchodziły się. Odwrócił się
i powoli przysunął się do niego. W sumie nie szkodziło, że milczał. Może nawet zaczynał to lubić, był inny.
A on tę inność cenił. Jego wzrok padł na ślady, które do tej pory ukrywał wysoka stójka żabotu.
      - I nie dlatego, że sprawia to, że nie jestem głodny. Więc... Kiedy proponujesz. Nie proponuj tego, jeśli łudzisz się, że byłbym w stanie odmówić, tylko ze względu na to, że moja krwiopijcza fizjologia nie wymaga tego. Rozumiesz? - Czy dało się to wyjaśnić w bardziej pokrętny sposób? Może, gdyby się postarał.
Elf jednak dał wyraz temu, że zrozumiał podchodząc do niego i kładąc dłonie na jego ramionach. Przejechał nimi w dół, chwycił go za przedramiona i zarzucił je sobie na kark. Vincent poszedł za ciosem zachęcony, położył wargi na jego skórze, tam, gdzie widoczne były jeszcze ślady po jego ukąszeniu. Coen spiął się w oczekiwaniu na jego kły tnące skórę, ale poczuł tylko jego miękkie wargi przyciskane do jego skóry. Przesunął dłonie na jego plecy. I sunął po nich, mnąc materiał, którego szorstkość drażniła skórę młodzieńca. Przycisnął go do siebie mocno i pociągnął za sobą, kiedy opadł na łózko. Vincent uniósł się. A, by usytuować się wygodnie, rozsunął nogi, siadając na jego udach.
      - Dziwnie mi Coen. - Mruknął i spojrzał na niego rumiany.
      - Nie czuj się dziwnie. Ugryź, gdzie chcesz.
     - Gdzie chcę? - Omiótł spojrzeniem jego ciało, płaski brzuch, mostek, zarysowane żebra. Muskularne ramiona, rozsypane białe włosy. Czarne jak noc oczy i uchylone lekko usta. - Czasem myślę... Ma​m wrażenie jakby było lepiej, gdybym był Vini. - Rzucił, pąsowiejąc jeszcze bardziej i nie dając mu czasu, by odpowiedzieć pochylając się nad nim. Przysunął swoją twarz do jego, zbliżając tym samym wargi do ust elfa.
     - Vincent, oszalałeś. - Przemówił jakiś wewnętrzny głos, a on się zatrzymał. Jednak było za późno na wahanie, poczuł dłoń elfa z tyłu swojej głowy. Palce wplatające się w jego ciemne włosy, burzyły ich staranne ułożenie i przyjemnie drażniły skórę głowy. Przyciągnął go lekko, nienachalnie. Nie potrzebował więcej, jedynie impulsu. Ich usta złączyły się.
      Nie chciał być nachalny i wystraszyć chłopaka, nie żeby wcześniej na uczcie nie całował go gwałtownie i łapczywie. Ale wtedy nie miał pojęcia, wtedy było inaczej. To było coś innego.
Przyciśnięte do siebie gorące wargi niby tak niewiele. Czasem robi się wiele głupstw, a kiedy poczuje się to nawet niewinne zetknięcie dłoni, do którego dąży dwójka niepewnych uczuć drugiej strony osób, elektryzujące i przyśpieszające puls. Teraz to czuł. Jakąś cholerną, głupią radość, której nie powinien czuć, a która go wypełniała. A jej źródłem była ta nieporadna inicjatywa chłopaka. Poczuł, jak niepewnie uchyla usta. Odpowiedział momentalnie, pogłębiając pocałunek. Zaczął oddawać go namiętnie, lecz powoli. Chłopak mruknął w jego usta, dostając to, czego chciał i znów jęknął, kiedy Coen przerwał pocałunek. Vincent szybko znalazł zajęcie dla swoich ust, pochylił się do jego ramienia. Przejechał językiem po wyraźnie zarysowanym obojczyku, aż do miejsca gdzie nikł. Polizał to miejsce, niemal już czując jego smak. Uchylił usta, owiewając jego skórę oddechem. Białe kiełki błysnęły, kiedy wygryzł się powoli w skórę, słysząc stłumiony jęk elfa. Nie chciał go jednak jakoś specjalnie wykończyć, wiec zaraz cofnął zęby i zaczął zlizywać, to co sączyło się z małych ranek. Smakował inaczej. Jak on, nadal cudownie, ale inaczej. Lekko gorzkawy smak wybijający się ze słodyczy.
    - Niżej. - Gardłowy pomruk oderwał go od myślenia o tej dziwnej, nieznajomej nucie. Ostatni raz przesunął językiem po rankach, po czym złożył pocałunek trochę niżej. Pocałunkami wytyczał ścieżkę, ciesząc się, że może tak bezwstydnie i dokładnie badać krzywizny jego ciała. Elf uniósł się nieznacznie i oparł na łokciach, dając sobie możliwość spoglądania na niego. Doznania były jeszcze bardziej intensywne, możne to alkohol, możne fakt przyglądania mu się w trakcie tego dziwnego badania. Czuł jak mięśnie w jego podbrzuszu ściskają się rozlewając po jego ciele falę ciepła.
Zapomniał się, czując pod ustami ciepło jego skóry, kroczek po kroczku, pocałunek po pocałunku zjechał do jego klatki. Odsunął się do kolejnego pocałunku w poszukiwaniu kolejnego fragmentu skóry, który mógłby posmakować. Spojrzał na ciemniejszy punkcik na jego jasnej skórze. Zawisł na chwilę nad jego skórą nagle absolutnie speszony.
      Czy... powinien? Czy mógłby go dotknąć? Serce waliło mu jak oszalałe. Bał się, co Coen pomyśli, jeśli to zrobi. Odwrócił wzrok i przywarł wargami nieco wyżej by zaraz potem znów przebić jego skórę i powoli nieśpiesznie zlizywać z niej szkarłatny płyn.
Coen, który czuł jak z każdym pocałunkiem rosło w nim napięcie. Niemal jęknął czując ukłucie bólu, ale nawet ono nie zamaskował chwilowego zawahania się chłopaka. Nie wiedział, do czego zmierza wampir, czy w ogóle do czegoś zmierza, podczas gdy on był już w takim stanie. Wstrzymywał się tylko na wzgląd na chłopaka. Bogowie! Co on wyprawiał! Dosłownie parę dni temu był zmuszony tłumaczyć dzieciakowi, o co posadziła ich tamta elfka, a teraz to? Wiedział, że dzieciak jest całkowicie zielony, dał mu też jasno do zrozumienia, że nie chodzi o głód, ale to nie znaczyło wcale, że sedno sprawy może leżeć głębiej, niż zwykła zachcianka księcia. To był zimny kubeł. Zachcianka księcia. Nie powinien. Przez wzgląd na to, co kryło się za oboma słowami. Vincent miał wrócić do swojego zamku. Objąć tron i żyć dalej w swoim półświatku za murem. Może mógłby go tam odwiedzać. Czasem. Jakby już sam fakt tego, że stał się wampirem nie był wystarczająco niepokojący i mógł o zgrozo zwrócić czyjąś uwagę, to jeszcze trzeba było elfa, który składa mu wizyty na zamku. No i sukcesja. Żona, na którą będzie naciskał jego zatroskany ojciec, gdy przyjdzie na to czas. No i potomek, w końcu tron musi mieć dziedzica. Czy wampiry mogą mieć dzieci? Nie, żeby komuś, kto żyje wiecznie był potrzebny dziedzic tronu.
      - Vincent? - Miał zachrypnięty głos. Panicz słysząc swoje imię oderwał się od skóry i spojrzał na niego nieco ubrudzony krwią na ustach, a on się zastanawiał jak mógł do tego dopuścić, znowu. I po co te wszystkie myśli. Ile by dał, żeby czasem móc wiedzieć co myśli druga osoba? Choć to takie proste. Wystarczy zapytać. Już uchylał usta, by wypowiedzieć na głos jakąś nieskładną myśl, ale on był szybszy.
      - Zabolało? - Zapytał, myśląc, że o to właśnie chodzi. Nie wyglądał już na zdenerwowanego jak wtedy w uliczce z elfem.
     - Nie, to nie to. - Był po prostu cholernie podniecony, a jednocześnie czuł wyrzuty sumienia. - Skończmy to teraz.
Elf usiadł, zmuszając i jego by się wyprostował. Patrzył w te zszokowane zielone oczy, które nie wiadomo, w którym momencie tej przedziwnej wyprawy zdały mu się piękne. Może to przez ich kolor. Las też był piękny, był zielony i były takie momenty, kiedy liście, przez które świeciło słonce, przybierał właśnie taki kolor. „Na prawdę z Tobą źle Coen” stwierdził sam przed sobą, co dodatkowo go otrzeźwiło. Dosłownie i w przenośni.
Vincent sapnął zdziwiony i zawiedziony. Nawet nie zaprotestował, kiedy elf, wstając gwałtownie, nie przejmując się nim, zrzucił go na bok. Zapadł się w miękkiej pościeli, czując się bezwładnie ciągle omotany narzutą z łóżka. Czuł się jakby, ktoś właśnie upuścił z niego całe powietrze. Nie wiedział co powiedzieć... ale tylko przez chwilę.
      - Nie traktuj mnie tak.
      - Jak?
      - Jak dziecka!
      - Jesteś dzieckiem.
     - Mam prawie 17 lat! W tym wieku mężczyźni zakładają już rodziny. - Elf nie odpowiadał, usiadł na brzegu łóżka. Czemu on tyle milczał! Prychnął więc. Nie zamierzał odpuścić. - Tak, dla takiego zgrzybiałego elfa to tyle, co nic. Ot szczenie, elfy w tym wieku to jeszcze dzieci. Nie jestem elfem. Może nie widzisz? - Rozłożył ramiona demonstracyjnie, pozwalając opaść narzucie z ramion, odsłaniając tors.
      - Nie rozumiesz.
     - Nie, Coen. - Ze złości oczy zalśniły mu od łez, a może to po prostu był już jego charakter, za łatwo dawał się emocjom. - Ty nie dajesz mi zrozumieć. Ja nie rozumiem, zgadza się, ale jak mam zrozumieć, skoro nie dajesz mi szansy, nie mówisz mi, o co chodzi. Nie myśl, że jestem takim dzieckiem. - Uśmiechnął się dość niespodziewanie, zaskakując sam siebie, ale to o czym pomyślał, po prostu w dziwny sposób napawało go ciepłem. Może elf też czuł się zagubiony i tylko grał takiego chojraka?
      - I wiesz co? Ja też nie spodziewałem się, że Cię tak polubię. - Nie do końca był pewien czy to, co mówi nie było zwykłym bełkotem, strzałem na oślep, może elf go nie lubił, ale ciężko było w to uwierzyć, nie robi się takich rzeczy, kiedy się kogoś nie lubi. Czemu był na tyle głupi, żeby wcześniej poddawać to w wątpliwość. Ktoś, kto kogoś nie lubi, nie zachowuje się tak, jak zachowywał się elf. Troszczył się o niego, w sposób, który przekraczał granice opieki. Znacząco. Może czasem zachowywał się jak stary piernik i robił dziwne rzeczy, których logikę poddałby w wątpliwość, ale może po prostu takie są elfy. Zaśmiał się skromnie, przykładając dłoń do ust, po części w wyuczonym odruchu zasłaniania ząbków, który wpajał sobie przez cały wieczór, aby nie dać się zdemaskować. Był zmęczony.
      - Z czego się śmiejesz?
      - Z Ciebie. - Teraz zanosił się już śmiechem.
      - Czasem ciężko nad Tobą nadążyć Vincent.
      - Nad Tobą też. - Nie zamierzał być mu w niczym dłużny. Wampir powoli się uspokajał. Ziewnął w koń-cu przeciągle, teraz już nie troszcząc się o kurtuazję i prezentując szereg białych ząbków z ostrymi kłami. - Skoro już siedzisz. Przynieś mi coś do spania. - Elf sięgnął do kieszeni i rzucił w niego zwiniętym w kulkę skrawkiem materiału. Zwitek koronki wylądował na kolanach Panicza.
      - Bez takich, chce mi się spać. Jeśli miało być śmiesznie, nie wyszło.
     - Dobrze, dobrze. - Elf wstał i podszedł do rzeczy panicza, by wziąć stamtąd jakieś normalne ubranie. Wrócił do łóżka i podał mu je, a sam położył się obok, nadal w spodniach. Kołdra obok chwilę się kotłowała, kiedy Vincent się pod nią przebierał. W końcu pościel przestała się burzyć. Panicz obrócił się plecami do niego i leżał. Chwilę. Zastanawiał się, czy elf śpi. On tymczasem miętolił róg kołdry.
      - Coen?
      - Hmm.
      - Śpisz? 
   - YyYmm. - Chwilę zastanawiał się, czy to znaczy tak, czy nie, po czym uznał to za głupie, skoro odpowiadał, to nie spał. Raz kozie śmierć.
     - Masz kogoś? - Najpierw odpowiedziała mu cisza. Może faktycznie za bardzo pchał nos w nie swoje sprawy. Jednak chciał wiedzieć, żeby zrozumieć...
      - Byłeś śpiący.
      - Nie drocz się.
     - Nie mam. - Czemu poczuł się zadowolony z tej odpowiedzi. Napawało go pewną dozą optymizmu, mimo że może nie powinno. Po chwili namysłu stwierdził jednak, że to nic nie znaczy, Elf miał ponad 100 lat, na pewno byli w nim ludzie ważni. Jego życie nie mogło być tak puste.
      - Ale miałeś kogoś?
      - Tak.
      - Kim była?
Tym razem bardzo długo milczał. Zaczął przypuszczać, że zasnął.Był o tym niemal przekonany, kiedy...

      - Dobranoc Vini.

piątek, 18 listopada 2016

14. Vini



Ich pakunki ciężko wylądowały na matowej od eksploatacji drewnianej podłodze.
  - Nie będę spał na ziemi.
  - To mamy problem, bo ja też nie. - Vincent splótł ramiona na piersi.
  - Ja wcale nie każę Ci wynosić się z łóżka i nie krzycz. - Zrugał go, bo faktycznie, nawet lekko podniesiony głos w tej nocnej ciszy wydawał się za głośny. - Zresztą to i tak nie problem, nie wydajesz się śpiący, ja prześpię się teraz chwilę, Ty będziesz spał za dnia.
  - Nie będziesz spał w dzień?
  - Muszę załatwić kilka spraw na mieście.
  - Więc i ja nie będę spał. No co się tak patrzysz? Przeżyję, mam twój zabawny płaszczyk. - Wzruszył ramionami i odsunął się od okna, i tak na zewnątrz nie było nic ciekawego do obserwowania, ulice ciągle były puste. W namiocie zazwyczaj było chłodnawo, jednak teraz Vincentowi wydawało się że jest tu wręcz gorąco. Zdjął płaszcz z obszernym kapturem i rzucił go na oparcie krzesła stojącego przed niedużą etażerką z lustrem. Elf zlustrował go wzrokiem, jednak szybko go odwrócił bojąc się ze wampir zauważy i znów rozpocznie jakaś żenującą rozmowę. Podszedł do łóżka i położył się na nim. Nie wiedział czy da radę zasnąć, mimo znużenia jakie ogarniało go w czasie podróży. Nawet jeśli nie zaśnie przynajmniej poleży i odpocznie, rano wyjdzie i załatwi wszystkie sprawunki, a może wtedy jeszcze dziś w nocy uda im się opuścić Elenborn. Zamknął oczy, po chwili poczuł jak coś opada ciężko obok niego na materacu.
  - Wychodzisz​ z samego rana?
  - Tak. A co, będziesz tęsknił?
  - Nie. - Prychnął momentalnie, może nawet za szybko i gwałtownie, jak przedrzeźniane dziecko, które dało się podpuścić. Coen dalej nie otwierał oczu, nie potrzebował ich by przypuszczać, że lico młodzieńca właśnie spąsowiało rumieńcem. Uśmiechnął się na tę myśl. Czuł jak chłopak się kręci, a w końcu kładzie się obok, stykając się z nim ramieniem.
  - Elfie, to łóżko jest mniejsze od naszego namiotu. - Jęknął panicz z wyrzutem.
  - Wampirze, to i tak nie przeszkadzało Ci w spaniu na mnie w namiocie. Do tego pomyśl, przynajmniej będzie Ci ciepło i miękko, ewentualnie jeśli bardzo Ci zależy mogę pomóc rozłożyć dla ciebie namiot.
  - Coen?
  - Vincent daj proszę odpocząć. Co jest?
  - Nudzi mi się.
  - Wiesz że robisz się coraz bardziej nieznośny? Następnym razem zostawię cie w namiocie pod miastem.
  - Nie prawda. - Leżał tak pogrążony w bezsensownych myślach, ale spać mu się nadal nie chciało. Nie mniej jednak zamknął oczy.
  - Coen..​.- Wymruczał cicho po długiej i zapewne pięknej, spokojnej ciszy. - Czemu mnie nie odwieziesz do zamku?
Och, tego się nie spodziewał.
  - Mógłbyś to zrobić.
  - Chciałbyś? - Nagle ta myśl go strapiła. Spojrzał na niego lekko podnosząc się przy tym na łokciach. Vincent wzruszył lekko ramionami.
  - Nie, nie to miałem na myśli...Sam nie wiem. Chodzi mi o to, no, nikt nie wytrzymywał ze mną tyle czasu.
  - Bo czuję, że to moja wina. Nie chcę byś się ujawnił, ludzie bywają czasem okrutni. A Ty – Uchylił powieki i spojrzał na niego. - no dobra, nie jesteś aż tak nieznośny jak przypuszczałem. Czasem da się Ciebie nawet lubić. - powiedział odwracając się na bok, tak, by być twarzą do niego. Zabawne. Brunet wyglądał na bardziej niż zdziwionego słowami elfa.
  -Och... to miłe Coen. - Przyznał z cieniem rumieńca. - Chyba najmilsza rzecz jaką od Ciebie usłyszałem. - Vincent również położył się na boku, przodem do niego. Elf za jego plecami widział jak słońce wschodzi powoli wznosi się ponad horyzont i zagląda do okna obmywając podłogę ciepłym blaskiem. Uniósł głowę podpierając ją na ręce. Więc ze snu nici. Musi wstać, umyć się, zjeść i udać do Oswalda.
  - Wiesz, wcześniej myślałem ze wampiry palą się w słońcu. Teraz to się wydaje głupie. Pewnie jak wiele innych pogłosek to bujda. - Panicz ziewnął
  - Czosnku nigdy nie lubiłem, śmierdzi. Więc ciężko to będzie sprawdzić, a osinowy kołek też wolałbym sobie odpuścić. - Potarł lekko oczy. - Ty nie jesteś śpiący? - Zapytał jakby z nadzieją. Coen w odpowiedzi pokręcił głowa, co mijało się z prawdą, był śpiący, ale nie chciał spać. Miał natomiast nadzieje ze zaraz wampir zaśnie, a on będzie mógł iść załatwić co musi, a czuł w kościach, ze tak łatwo nie pójdzie. Wampir ziewnął krótko, a przynajmniej starał się by nie wyglądało to na ziewnięcie kogoś kto już niemal śpi.
  -Hm... ​A mogę iść z Tobą? - Zapytał niemrawo, sennie, nie chciał zostawać sam, nawet jeśliby cały ten czas przespał.
  - Idź spać. - Mruknął cicho, kojąco. - Zaczekam aż uśniesz. - Wampir westchnął zawiedziony. Nawet myślał nad ciągnięciem tej dyskusji, aby namówić go jednak na wspólną wizytę u jego znajomego. Nim to się stało niestety stracił tą cieniutką więź łączącą go z rzeczywistością i zapadł w otchłań snu, oddychając coraz wolniej i spokojniej. Elf dla pewności nie ruszał się jeszcze chwilę, patrząc na niego, a żeby upewnić się że ten śpi. Idzie o zakład, że już połowa miasta wie, że elf przyjechał. Łańcuszek pewnie rozrastał się nieubłaganie, córka karczmarza idąc po jajka powiedziała przekupce na bazarze, ta swojej klientce, i po chwili cały bazar już huczał. Może to i dobrze, niech Oswald wie, że niebawem złoży mu wizytę. Nie chciał aby widziano go z Vincentem, bladym, niewyspanym, przez co pewnie markotnym wampirem. Może gdyby był pewniejszy jego zachowania. W końcu zdecydował się podnieść, jak najdelikatniej, aby nie zbudzić przypadkiem towarzysza. Udało mu się i teraz cicho stąpając, rozważnie chwycił w przelocie swój płaszcz. Podszedł do niewielkiego okna zasłaniając je ciężką kotarą i ruszył do drzwi. Te skrzypnęły nie mając litości nad elfem, głośno, przeciągle, jeżąc mu włos na głowie. Zerknął na Vincenta przez ramię. Spał. Wyszedł zamykając je ostrożniej. Zamek zgrzytnął i już zostawił go samego w cichym, pustym, ciemnym pokoju.

  Słońce było w zenicie, czego nie dało się poznać po pokoju w którym, dzięki zasłonie, panowała spokojna, senna ciemność kiedy rozległ się dźwięk klucza chroboczącego w zamku. Tym razem nikt nie silił się na delikatność. Drzwi skrzypnęły otworzone gwałtownie by zaraz znów zaskrzypieć zamykane, czemu towarzyszył trzask tak donośny, że ściany niemal zatrzęsły się, a z sufitu się posypało. Śpiącego wampira naprawdę ciężko obudzić, ale elfowi się udało. Podskoczył niemal na łóżku słysząc nagły huk przerywający jego słodką drzemkę. Poderwał się ciągle oszołomiony spoglądając w stronę drzwi.
  - Nie umiem pływać. - Wampir jęknął sennie niemal spanikowany, coś z pogranicza snu i jawy. - Coen? Co się stało? Gdzie jezioro.
Elf spojrzał na niego jakby go pierwszy raz widz na oczy widział.
 - Jakie jezioro o czym Ty bredzisz. - Był zły, a w jego rękach spoczywał spory, zdobny pakunek i kilka mniejszych. Ten duży cisnął na łózko, tuż obok nóg Vincenta. Jego senność szybko została rozwiana. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami spoglądając podejrzliwie na pakunek. Czy coś takiego, mogło być powodem złości? Co takiego mogło kryć się pod tym kolorowym papierem obwiązanym starannie karmazynową wstążką. Sięgnął niepewnie dłonią ku tej zdradliwie niewinnie wyglądającej puszce pandory.
  - Co to?
  - To prezent. - Rzucił wygrzebując z jednej z toreb fajkę.
  - Prezent? Dla mnie?
  - A jakże, dla Ciebie. Od wielce hojnego Oswalda z Elenborn. - Resztki snu go opuściły, zapomniał też o złości i o obawach co do zawartości. W końcu to było dla niego. Wyplątał się z kołdry, którą szczelnie omotał się w czasie snu, klęknął na pościeli i z zainteresowaniem zabrał się do rozpakowywania. Rozwiązał kokardę, po czym zerwał papier, nie mogąc doczekać się ujrzenia niespodzianki. Jakie było jego zdziwienie kiedy dostrzegł masę czerwonego materiału w odcieniu niemal identycznym co owa wstążka. Przejechał po nim dłonią, był miły, niezaprzeczalnie najwyższej jakości. Chwycił za materiał i pociągnął wyciągając go spomiędzy resztek papieru.
  - Suknia? - Nie krył zdziwienia.- Piękna, ale suknia. - Mruknął jakby to wszystkiemu zaprzeczało.Opuścił ręce i spojrzał na elfa. - Raczysz sobie ze mnie żartować? - Elf zaprzeczył - Więc co to ma znaczyć?
  - A no widzisz. Niespodzianka. Oswald, jak go nazwałeś, mój przyjaciel, szlachcic wybrał ją specjalnie dla Ciebie. - Uśmiechnął się do niego pykając z pozoru spokojnie fajkę, jednak jego oczy nie były spokojne. - Co lepsze spodziewa się Ciebie, a raczej wybranki mojego serca dziś u siebie na kolacji.
Brunet otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć. Zamknęły je wypuszczając tylko ciche powietrze, by znów je otworzyć i zrobić samo i znów, do póki nie pokręcił głową na boki zarzucając swoimi kasztanowymi puklami, wciąż w istnym nieładzie po jego krótkiej drzemce.
  - Nie nie nie, w coś ty mnie wrobił Coen?! Nie założę tego choćby nie wiem co!
  - Sam powiedziałeś, że jest w dobrym guście. - Rzucił niemal słodko. - I w nic Cie nie wrobiłem. Poszedłem tam, chcąc to jak najszybciej załatwić. A on już na mnie czekał, bo widzisz doszły go słuchy, że książę elfów zatrzymał się w gospodzie w mieście i teraz uważaj, wraz ze swoją wybranką. No bo przeto wziął podwójny pokój. Z jednym łożem. No i karczmarka widziała jak chwytam za rękę niewiastę o kasztanowych lokach.
Vincent wydał z siebie autentyczne warknięcie, godne wampira.
  - Czy ja. Do stu piorunów. Wyglądam Ci na wybrankę?! Czy w ogóle przypominam kobietę?! Przecież to bez sensu, zorientuje się, wyjdę na kompletnego idiotę, zhańbię mojego ojca, moje królestwo! - Aż wstał, chodząc w kółko z rękami na głowie.- I.. I ja w to w ogóle nie wejdę!
  - Wejdziesz w to, spokojnie, to Twój rozmiar. - Zupełnie jakby o to mu chodziło, nie o ten układ.
  - Ba rozmiar, co mnie tam rozmiar, to sukienka! Ja! Kobietą, dobre mi sobie, jak ja dorwę tę wścibską pannę...
  - Wiesz włosy masz już przydługie, a nie powiem i rzęsy masz długie, za wysoki specjalnie też nie jesteś. Nic dziwnego, że się pomyliła. - Vincent zazgrzytał zębami i stanął naprzeciwko Coena.
  - Ty masz dłuższe włosy. I co? Nie zmusisz mnie...wcale nie jestem kobiecy, dlaczego nie znajdziesz sobie jakiejś dziewki na mieście. Weź jakąś, a ja tu grzecznie zaczekam, po cichutku, jakby mnie nie było.
  - Jeszcze dziś rano chciałeś ze mną iść, twoje życzenie, można powiedzieć, spełniło się. - Teraz irytacja ustąpiła odrobinie rozbawieniu. A co do jego urody cóż, do powabu elfki mu daleko, ale jednak coś było na rzeczy.
  - Ale nie w sukience na litość bogów, Coen! - Ryknął niemal z płaczem, no ale jeszcze nie przesadzajmy. Księciu nie przystoi płakać, nie z takiego powodu. Popatrzył na sukienkę którą podniósł znów z łóżka i się skrzywił. - Zabiję cię, wszystkich​ zabije, a wtedy spalę tą sukienkę. Więc... kiedy?
  - Dziś wieczorem. Vincent co mam zrobić abyś ją ubrał. - Zapytał widząc, że po histerii niemal pogodził się z tym losem.
  - Chcesz, żebym ją ubrał? - Skrzywił się i spojrzał na elfa.
  - Tak, proszę Cię o przysługę. Nie chcę, żeby niepokojące plotki na mój temat się rozeszły. Więc? - Młodzieniec westchnął i podniósł sukienkę, przyłożył do siebie. Potem spojrzał na elfa.
  - Zapytam ostatni raz, stroisz sobie ze mnie żarty Coen? Naprawdę mam ją ubrać? - Zapytał załamany. Oczywiście wiedział, że może się zaprzeć i iść w zaparte.
  - Nie żartuję, proszę Cię o to, a prośba ta jest całkiem poważna. - Wyciągnął jeszcze jedna małą paczuszkę spod płaszcza. 
  - Mam jeszcze to - sięgnął do stosiku mniejszych i większych paczuszek, które przytaszczył, a teraz leżały niedbale na ziemi, obok ich pakunków. Aż bał się myśleć co może się w nich znajdować. - wolałem to zachować na chwilę kiedy się zgodzisz. - Rozchylił papier paczuszki i wyciągnął z niej biżuterię z błękitnymi kryształkami oraz jakieś kobiece mazidła i przyrządy. Niektóre z nich wyglądały nie tylko obco, ale niemal groźnie. Gdyby nie wiedział wziąłby je prędzej za jakieś wymyślne narzędzia tortur niż za przybory upiększające.
  - Wykręcałem się bardzo, że nie chcesz, że nie możesz, nie masz ubrań i kosmetyków. - Starał się nieco usprawiedliwić. - Nie dało się go jąć, ni jak przeforsować. Na wszystko miał odpowiedź. - Wampir zrobił się blady, o ile to w ogóle możliwe.
  - O bogowie. Ja się na tym nie znam Coen. - Mruknął przerażony co było bardzo dobrze widać w jego oczach. - Co z moim głosem? - Przełknął ślinę. - Co z... walorami?! Ja sobie tego nie wyobrażam.
  - Nie jest tak źle, głos jakbyś minimalnie zmienił, a jeśli chodzi o kształty, nie każda jest hojnie obdarzona. - Wyciągnął błyskotkę z pakunku i podszedł do niego od tyłu, chwilę nieporadnie majstrował mu przy włosach, szarpiąc niechcący. W końcu zapiął połyskującą kolię na jego szyi. Chwycił za ramiona i pchnął w kierunku toaletki z lusterkiem. 
  Dobra, miał pewną słabość do błyskotek, ale bez przesady. Choć, kamyki osadzone w srebrze mieniły się niczym woda, kiedy słońce rozprasza się w niej i odbija, tworząc na dnie ruchliwe mozaiki. Dotknął jej dłonią widząc w lustrze jak Coen się pochyla, czując jak jego jasne włosy prześlizgują się po jego ramieniu.
  - To jak będzie? - szepnął mu do ucha. - Damy radę?
  - Wiesz, że to cios poniżej pasa? - Westchnął poddając się i skinął głową po czym zadrżał. Zamrugał i odskoczył od niego jak poparzony. - Tylko bez takich! A spróbuj tylko się mizdrzyć i robić takie akcje to po powrocie uduszę Cię własnymi włosami, cholerna Ćmo! - Zagroził. - A teraz chcę iść spać! I masz mnie nie obudzić za wcześnie, tak żebym wyglądał jak człowiek...znacz​y kobieta....eeeh! Żebym wyglądał ładnie i wypoczęcie, ale też nie za późno, żebym zdążył się przyszykować. Rozumiesz? - Syknął, i wszedł pod kołderkę otulając się nią i odwracając do niego plecami.
  - Ćmo? - Zmarszczył brwi. Miął o wiele lepszy humor niż po powrocie. Jednak teraz wolał go bardziej nie denerwować. Ostatni z Prezentów Oswalda zostawi na koniec. Może bardziej wypoczęty przyjmie to lepiej? Marzenia ściętej głowy. Uśmiechnął się pod nosem i położył na skraju łóżka, nie zostało mu wiele miejsca, ale może da radę. Książę prychnął jeszcze pod kołdrą czując to. Bo...bo mógł. Bo mu wolno. I jest zły. Przygarnął więcej kołdry ramieniem wtulając się w nią. Białowłosy zasnąć nie mógł, zazdrościł wampirowi, że z taką beztroską udało mu się zasnąć. Sam po jakimś czasie zaniechał prób i wstał by naszykować ciepłą kąpiel. Rozłożył też na toaletce wszystkie tajemnicze przedmioty, przyglądając się niektórym baczniej, zastanawiając się jak się tego używa. Po chwili jednak nie zostało mu już nic, jak czekać na odpowiednia porę aby obudzić wampira. Był niemal podekscytowany tym, że będzie mógł bezkarnie go dręczyć, oczywiście wszystko w dobrej wierze i z chęci pomocy. Taki tragiczny początek dnia, a teraz, zachowywał się jak mały elf dostający swoją pierwszą wiewiórkę. Chwilę zastanawiał się czy to już nie za wcześnie, ani nie za późno, po czym doszedł do wniosku, że i tak dostanie mu się bure, więc co za różnica. Usiadł na łóżku i położył mu rękę na ramieniu. Tym razem gorzej było go obudzić. Wcale nie chciał wstać, a kiedy już został przekonany do wyjścia z łóżka wyraz twarzy miał zupełnie jakby szedł na wojnę, a jednocześnie musiał zjeść coś do prawdy paskudnego. Stał tak chwilę po czym westchnął, i poszedł się myć. Elf położył się aby nie przeszkadzać mu, ani swoją osobą ani swoim spojrzeniem. Leżał tak wpatrując się w baldachim. Mówi się, że ślepcy mają dużo bardziej wyczulony słuch, nie mógł poczuć tego na własnej skórze, ale zrozumiał o co chodzi. Mimo, że nic nie widział to słyszał. A to bardzo go rozpraszało, pozbawiony możliwości spojrzenia był wyczulony na dźwięk, a ten wprawiał przekładnie w jego mózgu w ruch. 
  Słyszał jak coś upadło cicho, miękko na podłogę z głuchym pogłosem. Zapewne jego ubrania. Najpierw koszula, później spodnie. Chwila ciszy. Torturowała go. Być może teraz na niego patrzył? Kilka lekkich kroków i brzdęk kolii kładzionej na komódce. Znów te taneczne kroki i cichutki chlupot wody, odpędził tę myśl. Wszedł do kadzi. Następująca po tym kakofonia plusków i chlupotów świadczyła o tym, że się mył. Stuknęły szklane flakoniki z mydłami. Wtedy sobie o czymś przypomniał. Podniósł się, a dźwięki kąpieli ustały. Oparł się pokusie zerknięcia tam. Podszedł do ich rzeczy i w stercie toreb, torebeczek, pakunków i zawiniątek znalazł ten odpowiedni. Spakowany nie schludnie, na wprędce kiedy opuszczali komnaty w jego rodzimym mieście. Wyciągnął z niego fioletową fiolkę zatkaną korkiem. Podszedł do wanny gdzie chłopiec przyciągał kolana do swojej klatki zasłaniając się. Wyciągnął rękę z szklanym pojemniczkiem ku niemu.
  - Co? Aa. - Mruknął tylko rozpoznając naczynie. Uśmiechnął się i spojrzał na niego, a oczy mu się śmiały. Tak ładnie, wesoło. Zupełnie jakby zapomniał, że za chwilę zostanie zmuszony do ubrania sukni.
  - Dziękuję. - Rzucił od razu zabierając się za odetkanie korka. On wrócił do łóżka, już po chwili po pokoju rozniósł się zapach kwiatów bzu. Zamknął oczy również się uśmiechając, jak wiele radości może sprawić coś tak ulotnego i nietrwałego. Usłyszał, że wychodzi. Krople wody spadają na chłonny parkiet. Usłyszał westchnienie.
  - I co teraz Coen?
Uniósł się i spojrzał na niego, był owinięty w pasie jedynie ręcznikiem. Z włosów, które pod wpływem wody były proste, przez co jeszcze dłuższe, kapały kropelki wody. Wstał i wziął ręcznik przewieszony o ramę łóżka i podszedł do niego. Zarzucił mu go na głowę.
  - Może zaczniemy od włosów? - Vincent w pierwszym odruchu miał ochotę zrzucić ręcznik z głowy i cisnąć nim w Coena, uznając to za kiepski żart, ale po chwili poczuł jego dłonie i zdał sobie sprawę, że musi stać tuż przed nim. Teraz kiedy jego palce delikatnie osuszały jego włosy nawet cieszył się, że materiał zakrywał jego twarz... Przestał, chwycił go za rękę i pociągnął go za sobą do etażerki by usadzić przed lustrem. Vincent chwycił materiał i ściągnął go sobie z głowy. Cóż, to co zobaczył w lustrze wcale nie napawało go entuzjazmem, włosy sterczały we wszystkie strony. Chwycił za szczotkę i zaczął je szczotkować nieśpiesznie, pasmo po paśmie. Podeschły przy tym odrobinę i zaczęły nabierać swojego zwykłego, znajomego, lekko falowanego kształtu. Kiedy skończył odłożył szczotkę i spojrzał zagubiony na wszystkie przyrządy leżące przed nim. Spojrzał na Coena, ale on wydawał się równie zagubiony co on.
  - Co z tego jest w ogóle do włosów?
  - Poza szczotką? Nie mam pojęcia.
  - Może zostawimy je tak?
  - Mi się tam podobają. - Mruknął elf, na co Vincent nabrał kolorów na twarzy i chwycił na prędce pierwszą lepszą rzecz, którą znał. Puszek i puder. Zanurzył go i pacnął się w twarz wzbijając chmurkę drobnego proszku. Tak, to zgrabnie zamaskowało jego zażenowanie, co tam, że jasny proszek był nie mniej jasny niż jego blada cera. Tu po raz kolejny kończyła się jego wiedza. A, nie! Widział szminkę. Szminka brzmiała nie tak groźnie, ale poza tym, tyle różnych słoiczków pełnych jakichś mazi, albo różnobarwnymi proszkami. Pełno było małych pędzelków i dziwnych szczoteczek, wyglądających jak miniaturowe wyciory do butelek... Co kobiety z tym robiły?
  - Dziwnie wyglądają te kosmetyki. Malowałeś już kiedykolwiek kogoś? - Dla Coena zabrzmiało to tak, jakby to on miał go malować.
  - Hemmm... - Mruknął i odchrząknął. - Widziałem kogoś kto je miał? Liczy się? Ale spokojnie, malowałem trochę kiedyś. Wiesz, pędzle, farby i płótna, to nie może się aż tak różnić, prawda?
W odpowiedzi wzruszył ramionami, nie do końca przekonany.
  - No dobra...tylko nie wybij mi oka...oczu...niczego.
Coen przyjrzał się reszcie nieufnie by wziąć pierwsze mazidło jakie miał pod ręką. Otworzył słoiczek i zajrzał do środka było sypkie i ciemne.
  - To chyba na oczy? - Wziął pędzelek i zaczął delikatnie miziać wampira po powiekach, później wziął coś co było do rzęs... tak przypuszczał. Poodkręcał sporo słoiczków szukając czegoś najwyraźniej. W końcu to znalazł, nie wyglądało obiecująco, była to czarna gęsta maź w której zanurzał dziwną szczotkę o rozczapierzonych włoskach nasuwających na myśl igliwie na gałązce świerku.
  - Lepiej zamknij oczy. - Rzucił, a Vincent jak na komendę zacisnął powieki, nie wiedząc co go czeka. To co zaczął robić Coen nie było przyjemne, ciągnęło i to dziwne coś było zdecydowanie za blisko jego oczu, by mógł się rozluźnić i dać mu pracować.
  - Długo jeszcze? - Zapytał​, nie mając już cierpliwości.
  - Możesz otworzyć. Skończyłem. Nie ciesz się tak, skończyłem tylko z oczami.
  - One są najgorsze. - Sapnął wampir, zmrużył oczy patrząc w lustro. Coenowi nie szło źle. Ba, było całkiem nieźle. Wyglądał dziwnie, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Wyglądał po prostu inaczej. Miał czarne, długie rzęsy, nie przypuszczał, że taki szczegół może tyle zmienić. - Ow. - Rzucił tylko, stwierdzając, że sztuka makijażu może być potężną bronią. Choć kiedy przypomniał sobie co poniektóre starsze damy na dworze, utytłane czymś białym na twarzy tak szczelnie, że tworzyło niemal maską, z mocno nakreślonymi,  czymś czarnym, brwiami i posklejanymi rzęsami, stwierdził, że broń ta w nieodpowiednich rękach może być bronią straszną, spędzającą sen z powiek młodzieńców. Skrzywił się myśląc o pieprzykach dorysowywanych na obwisłych twarzach i, o zgrozo dekoltach owych pań.
  - Jest aż tak źle? - Zapytał białowłosy widząc jego skwaszoną minę.
  - Nie, jest dobrze. Na prawdę, dobrze, chyba byłeś dobry w malarstwie. - Nie był, ale nie miał zamiaru się teraz tym chwalić. Malowanie było dla niego nudne i monotonne. Siedzenie kilka godzin z pędzlami, bądź węglami przed martwą naturą, czy niezbyt martwą, roznegliżowaną modelką były dla niego istną torturą. Zdecydowanie wolał biegać po lesie z łukiem.
  - Jeszcze jedynie usta. - Z prawdziwie złowieszczą miną wziął pędzelek i pojemnik z ciemnoczerwoną mazią przypominającą konsystencją to czarne coś co miał na rzęsach. Zajęło mu to sporo czasu, a z jego upływem młodzieniec coraz bardziej się kręcił.
  - Gotowe. - Mruknął w końcu elf odkładając wszystko na komódkę. Vincent niepewnie spojrzał w lustro i najpierw nie odzywał się dobrą minutę. Potem postarał się uśmiechnąć do lustra, ale średnio mu to wyszło.
  - Dziwnie, jak nie ja. Ale chyba o to chodziło.
  - Na liście kolejnych cierpień została nam suknia i świecidełka.
  - Proszę, zostawmy ją na koniec, chcę jak najdłużej obejść się bez niej.
Usłuchał go i sięgnął po kolię. Tym razem był dalece delikatniejszy. Odgarnął włosy z karku niby mimochodem delikatnie sunąc opuszkami po jego skórze. Vincent obserwował to w lustrze, czuł się jakby to nie był on, jakby patrzył na przedstawienie w teatrze albo na jakiś ładny obraz. Przystojny elf obdarowuje damę swojego serca błyskotkami. Chybotliwe światełka świec odbijały się w kamieniach rzucając tańczące, niebieskie ogniki na drewniany blat. Były ciemnoniebieskie, może to tanzanity, albo szafiry, może też zwykłe szkiełka barwione na odpowiedni kolor, ale wyglądały pięknie. Zapiął ją na jego karku. Odszedł na chwilę a kiedy wrócił w ręce miał dwa niewielkie błyszczące kamyczki, niewątpliwie te same co w naszyjniku. - Vincent masz może dziurki w uszach?
  - Nie! - Chwycił się za uszy, niemal zdziwiony, że młódka w lustrze robi to samo. - Obejdziemy się bez nich. Nie jestem kobietą, nie noszę kolczyków.
  - Tak, tak - Uśmiechnął się i odłożył je bez protestów. Kiedy się pochylił Vincent oblał się rumieńcem. No tak. Coen miał dziurki w uszach, i to więcej niż jakakolwiek dama jaką znał. Czuł się zawstydzony, otworzył nawet usta, ale w końcu zamknął je, wolał zostawić tę kwestię zamkniętą. 
  - To jeszcze tylko bransoletka i pierścionek.
  - Do prawdy, Oswald musi mieć gust. - Wyciągnął przed siebie rękę, ciągle nie odwracając oczu od lustra. Scena, która się w nim rozgrywała była wciągająca. Podobała mu się. Za bardzo. Odwrócił wzrok patrząc się w przeciwną stronę niż ta, po której stał elf wsuwający pierścionek na jego smukły palec. Wstał. Nadszedł czas na to przed czym tak się bronił, co tak bardzo odwlekał. Teraz suknia. Sam podszedł do łóżka i uniósł karmazynową suknię.
  - Pomóż mi. - Powiedział cicho podchodząc i podając mu suknię. Odwrócił się tyłem i pozwolił ręcznikowi spaść na ziemię.
  - No dalej. - Warknął popędzając kiedy Coen stał chwilę bez ruchu. Spłynęła z niego z góry powódź falban, halek i karmazynu. Chwilę nie mógł się w tym odnaleźć, czuł się niemal jak wtedy, kiedy Coen złożył namiot z nim w środku. W końcu wynurzył się z tej przytłaczającej powodzi i odetchnął głęboko. Nie odzywał się, czuł się głupio.
  - Chwyć się czegoś.
  - Po co?
  - Jeszcze gorset. - Nie było sensu protestować, z rękoma splecionymi na padoku podszedł do łóżka i oparł się dłońmi o jedną z kolumienek. - O Ty zdrajco – Pomyślał patrząc na łóżko małżeńskie będące sprawcą całego tego zamieszania. - Tak o Tobie marzyłem, a to wszystko przez Ciebie.
W następnej chwili odebrało mu dech, palce mocniej zacisnął na drewnie kiedy poczuł mocne szarpnięcie. Jęknął, starając się ignorować to nieprzyjemne uczucie. To było takie żenujące. Zarumienił się czuł się w tej sytuacji tak głupio.
  - C...Coeeen. - Jęknął.  - Chcesz mnie udusić? Moje żebra.
Wstążki prześlizgiwały się przez oczka gorsetu bezlitośnie opinającego się na jego talii.
  - Może zaraz przejdzie. Kobiety przecież chodzą w tym, niektóre bez przerwy. - Mruknął litując się nad nim i wiążąc zwisające wstążki. Wcale nie zawiązał tego tak mocno. - Niemal gotowy.
  - Niemal? - Vincent poderwał opuszczoną do tej pory głowę. - Co ma znaczyć to „niemal”? Niemal, znaczy prawie. Jak to prawie? - Coen odkaszlnął. Jednak nadzieje, że kiedy się wyśpi pójdzie łatwiej były złudne.
  - Widzisz – Chwilę myślał jak zacząć. - pamiętasz jak mówiłem, że starałem się nas wymigać od tego mówiąc że nie masz się w co ubrać... więc zabawna historia. Oswald stanął na wysokości zadania i przysłał kompletny strój. Mam jeszcze buciki i no... majtki i podwiązkę. - Dokończył szybko aby mieć to z głowy.
Starał się oddychać spokojnie, a ciężko, oj ciężko mu to wychodziło w tym gorsecie. 
  Przesłyszał się? Tak mu się wydawało. Fakt faktem był prosto z kąpieli i nie miał bielizny, a co jak co, ale pod kieckę przydało by się coś włożyć, zwłaszcza jeśłi ma też ubrać buciki. W razie spektakularnego wyrżnięcia na ziemię, tfu tfu!, przydałoby się mieć coś na sobie... No ale, bez przesady. Jakiś stary szlachcic nie będzie wiedział jaką bieliznę ma na sobie! Mimo to zapytał siląc się na spokój, mimo że przez ściśnięte żebra kręciło mu się w głowie. - Jakie majtki?
  - Pasujące do sukienki. - Czekał na wybuch, miast tego doczekał się wyparcia.
  - Nie.
  - Nie?
  - Nie i kropka. - Skrzyżował ręce na piersi, tuż nad stanem gorsetu. - I tak nikt nie będzie mi patrzył pod kieckę!
  - Wiesz, albo to albo bez. Na Twoim miejscu w tej sukience i obcasach bałbym się, że możesz się wywrócić. - Wyciągnął koronkową bieliznę z ozdobnego pudełeczka. Wyciągnął także podwiązkę i zakręcił nią na palcu. Nie były w kolorze sukni, były ciemno niebieskie jak kryształki migoczące na jego szyi. Zupełnie jakby ten podstarzały dewiant dobrał je do biżuterii, jakby miała się dobrze prezentować nie w połączeniu z sukienką, a z nią. Samą biżuterią. O bogowie. Wyrzucił tę myśl z głowy. Nie powinien o tym myśleć zwłaszcza teraz, bo był świadom, że w tym gorsecie Vincent nie będzie w stanie się schylić by sam to ubrać. Panicz przełknął ślinę i po prostu spalił cegłę.
  -Wywrócić...phiee. Daj mi te majtki i odwróć się. - Fuknął wściekle wyciągając do niego dłoń. Zrobił to bez protestów i patrzył w ścianę słuchając szamotaniny i serii jęków. To co się rozgrywało za jego plecami... Istne Jezioro Łabędzie. W końcu usłyszał westchnięcie. - Chcesz mnie wykończyć... Przyznaj.
  - Absolutnie. - Jak wkurzające może być jedno słowo. Teraz Vincent to wiedział, niemal słyszał, że ten się uśmiecha. W przypływie frustracji odwrócił się i rzucił w niego majtkami, które przeleciały dzielącą ich odległość i zupełnie jakby celował, a do tego był w tym mistrzem, zawisły na jego szpiczastym uchu.
  - Vincent, bogowie mi świadkami... gdybyś nie był w sukience to ja bym Cię ...– Nie dokończył i wziął głęboki oddech, cóż, to on nosił gorset i to on wyświadczał mu przysługę.
  - Pomóż mi. - Jęknął Vincent, a on posłusznie podszedł do wampira z leciutką koronką w ręce. Równie dobrze mogłoby to być piórko, albo kawałek babiego lata. Dziw brał, że ludzie nauczyli się tkać coś takiego.
  - Jak to zrobić? - Młodzikowi aż usta dygotały. Ze złości? O taak... Zirytowania? Owszem! Padł pupą na łóżko, ciężko i podniósł jedną nogę. - Normalnie. Ja nie schylę się w tym. Czemu nie powiedziałeś mi o tym wcześniej... choć w sumie dobrze, że tego nie zrobiłeś. Bo paradowałbym w nich samych, a tego nie chciałbyś widzieć. - Paplał cicho by rozładować swoje zawstydzenie i napięcie, a tymczasem białowłosy beształ się w myślach. O tak, chciałby nie chcieć...
  Klęknął na jedno kolano i założył delikatny niczym mgła materiał na jedną nogę, zostawiając je na kostce, następnie na drugą. Chwycił koronkę po bokach i podciągnął majteczki wyżej, na łydki, i wyżej, aż jego ręce zniknęły pod karmazynowym morzem zalewającym jego kolana. Czuł jak trzymany materiał opina się na jego biodrach, przy tym z podwiązką poszło jak z płatka.
  - Gotowe? Świetnie. - Rzucił nieco bardziej jadowicie niż zamierzał. Przygryzł wargę i patrzył taki czerwony i zły na elfa. - Już? Możemy sobie iść? - Westchnął widząc w lustrze własne rumieńce, nawet puder nie pomógł tym razem. Jakie to upierdliwe... - Na pewno nie wyglądam idiotycznie? 
  Ten uśmiechnął się do niego tylko pokrzepiająco. Podszedł i stanął za nim patrząc się na niego w lustrze.
  - Nie, nie wyglądasz. Jeszcze ja muszę się przygotować. - Jego uśmiech stał się krzywy, niezadowolony.  - Też zostałem "obdarowany" przez naszego szlachcica... bogowie
  - Daj spokój, nie może być tak źle. - Może nie było źle, ale w miarę jak Coen się ubierał, czuł się coraz mniej skompromitowany ubiorem. Cóż. Przylegające spodnie z wysokim stanem, biała koszula z żabotem i kaftan, bogato haftowany na bokach, spływający do tyłu aż do połowy ud. Coen i żabot no tego jeszcze świat nie widział. Upiął włosy w luźny kucyk oplatając je rzemykiem, jedyny akcent, który pewnie sam wybrał. Vincent nie mógł się nie uśmiechać. Chyba on, jak i sam zainteresowany, wolał go w prostych elfickich strojach.
  - Możemy iść. - Oznajmił, a wampir wstał i niemal od razu zaliczył upadek. Buty okazały się szaleńczo zdradliwe, a suknia plątająca się przy stopach wcale, a wcale nie pomogła. Szczęściem Coen zdążył go złapać nim jego twarz spotkała się z podłogą.
  - Dzięki. - Podniósł się i chwycił go za ramie kurczowo. Podeszli do drzwi dość chwiejnym krokiem. Coen wczuwając się w rolę otworzył przed nim drzwi jak przed dama, ten dygnął i parsknął śmiechem. Pierwszy raz przez głowę Vincenta przemknęła myśl że być może ten wieczór nie okaże się aż tak tragiczny. Ruszył sam, raźnie przez próg, jego towarzysz wyszedł za nim i zobaczył jak stoi z przerażoną miną u szczytu schodów. Chwyta się oburącz barierki i stara się zejść. Z początku zastanawiał się, czy nie ruszyć w te pędy za nim i nie ratować go przed upadkiem, ale ku jego zdumieniu poradził sobie całkiem nieźle. Na tyle dobrze, żeby w połowie schodów puścić się jedną ręką barierki i unieść nią suknie. Będąc na dole odetchnął, dał radę i jest cały. Zaraz przy jego boku pojawił się elf i podstawił mu swoje ramie... cóż, może szło mu dobrze, ale tak zdecydowanie będzie łatwiej. Chwycił się go, już nie tak mocno jak na początku. Powietrze jakie owiało ich gdy wyszli na ulicę było chłodne. Dziwnie przyjemne i znajome, inne niż w zamkniętych czterech ścianach. Ruszyli ulicą niewiele mówiąc. W półmroku na ulicach było sporo ludzi, którzy odwracali się za nimi. Czuł się tak strasznie obserwowany. Spojrzał na Coena on patrzył przed siebie skupiony.
  - Stresuje się. - Mruknął do niego cicho. - Ci wszyscy ludzie się patrzą. Muszę wyglądać fatalnie. - Jęknął żałośnie.
  - Nie wyglądasz fatalnie. - Powiedział elf chłodno nie patrząc na niego. Reszta drogi minęła w milczeniu. Kiedy byli na miejscu kolacja, na którą zostali zaproszeni, okazała się wielką biesiadą na przynajmniej setkę osób, na co Coen był wielce niepocieszony, mimo że mógł się tego spodziewać. Kto jak kto, ale Oswald wielbił przepych, patrząc na jego nieskromny dom można było przypuszczać, że cierpi na horrorvacui.
  - Dużo ludzi...- Mruknął​ cicho wampir, przywierając do jego boku jeszcze bliżej i nie zamierzając odstąpić go na kroczek do końca wieczora. - Może przywitamy się z twoim przyjacielem, zjemy i pójdziemy? - Uśmiechnął się delikatnie do grupki pań przechodzących obok i łypiących na nich ciekawsko, może nawet z zazdrością
  - Coen! Przyjacieelu! - Wielkie cielsko spadło na nich z tyłu rozdzielając ich. Potężny jegomość jedno ramię zarzucił na ramiona Coena, druga zwalista łapa wylądowała na biednym Vincencie, pod którym ugięły się nogi.
  - Witaj Oswaldzie. Widzę jak zawsze Twoja kolacja objęła pół miasta. - Lekko szpakowaty mężczyzna zaśmiał się, aż jego pokaźny brzuch się zatrząsł.
  - Ty wiesz jak schlebiać ludziom. A kim jest Twa urocza towarzyszka. - Zwrócił swoją rumianą twarz ku Vincentowi, a ten już wiedział, skąd ten rumieniec. Zionęło od niego winem jak od starej Markizy de PointPhalle, która na dworze słynęła z ciętego języka i ilości pochłanianego alkoholu.
  - To jest... Vincenta, Vini, jeśli wolisz. - W końcu ciężar z ich ramion zniknął.
  - Vini. Pięknie. Piękne imię dla pięknej kobiety, jestem zaszczycony. - Chwycił jego rękę, uniósł ją do ust i pocałował go w dłoń z cichym cmoknięciem, podczas gdy Vincent przeklinał go w myślach, z jednej strony mu schlebia, a z drugiej.... Nie wyglądał przecież aż tak kobieco! Później zaczęła się karuzela, feeria nowych twarzy, sztucznych uśmiechów, przesłodzonych powitań przerwanych czasem na taniec, jedzenie i picie. Vincent starał się mówić jak najmniej, jak najmniej się uśmiechać chyba ze tak delikatnie bez pokazania przydługich kiełków. W większości były to nerwowe uśmiech mówiący "pomocy Coen..." gdy po raz kolejny kobiety zachwycone jego strojem, suknią czy o zgrozo partnerem otaczały go i zasypywały gradem pytań, na które nie chciał, nie mógł, bądź nie znał odpowiedzi. Sam też trochę wypił ale...bogowie, trochę. Lampkę wina! Nie to co Coen. Patrząc na niego i jego wiecznie pełen, dzięki Oswaldowi, puchar w dłoni obawiał się, że każdy kolejny wychylony kielich oddala ich od szybkiego powrotu do lokum. Nie umknęło też jego uwadze, że zmęczony elf z utoczoną krwią ma zdecydowanie słabszą głowę, a mimo to stara się trzymać fason. Jasne stało się dla niego, że nie czuje się w śród tych ludzi tak pewnie jak wśród swoich, mimo, że wszyscy tutaj wydawali się być mu przyjaźni. Był wyraźnie rozkojarzony, a kiedy już udawało mu się dać Coenowi dyskretnie znać, że chce zniknąć, żeby już wracali i już, już byli u wyjścia, napataczał się ktoś kolejny, i kolejny chcący się z nimi przywitać, zatańczyć czy wdać się w krótką, nudną pogawędkę. W pewnym momencie elf zdawał się w ogóle zapomnieć, że cały czas obejmuje wampira.
  - Coen. - Vincent postanowił skorzystać z okazji, że na chwilę zostali sami podczas gdy spora część towarzystwa udała się na parkiet. - Chodźmy już, proszę, bolą mnie nogi, a ta suknia jest taka ciężka.
  - Dobrze. - Wampir odetchnął z ulgą, w końcu widząc kres swoich mąk. - Podziękuję tylko naszemu gospodarzowi. W końcu był dość szczodry, nie zaprzeczysz. - Nie mógł zaprzeczyć. Suknia, jak się dowiedział od całej rzeszy dam, była najnowszym krzykiem mody. Chyba bardzo zależało mu na dobrych kontaktach z przyszłym królem elfów. Elf wstał i podał mu rękę by i on się podniósł. Teraz był zdecydowanie mniej pewnym oparciem, bo kiedy wziął jego dłoń i próbował wstać oboje zachwiali się niebezpiecznie. Chwilę krążyli szukając pana tego domu. W końcu Vincent go zauważył i zgrabnie jak na damę przystało machnął na niego rączką prosząc go na stronę.
  - Oby tylko nie poprosił mnie do tańca, oby tylko nie poprosił mnie znowu do tańca. - Powtarzał w głowie niczym mantrę Vincent patrząc jak Oswald chwieje się i przepycha przez ludzi zwracając tym samym ich uwagę. O zgrozo, pół parkietu zaczęło się im przyglądać.
  - Dziękujemy Ci za gościnę, opiekę i przepyszne jadło przyjacielu, ale Vini jest zmęczona, dosłownie pada z nóg, więc będziemy musieli wracać.
  - Oh rozumiem. - Zerknął na Vincenta. - Zawołam karetę aby więcej nie forsować Twoich stópek moja pani. - Vincent grzecznie skinął i uśmiechnął się skromnie, dziękczynnie. - No Coen druhu powiem Ci, że ta twoja luba to milczka, bez urazy! To dobrze, kobieta, która cały czas nie miele jęzorem to skarb!
Vincent zgadzał się z jego słowami, ale w końcu morderstwa nie wypada planować na głos, zwłaszcza damie. Wymienili uprzejmości i ukłony, już się odwracali, jednak jako, że byli uświetnieniem całej biesiady i para wzbudzała duże zainteresowanie ich próba odejścia nie przeszła bez echa. Gdzieś z sali popłynął gromkie skandowanie "gorzko, gorzko!". Jeden głos zmienił się w chór. Vincent miał już wyszarpać Coena za uszy na zewnątrz. Zamarł jednak słysząc krzyki ludzi... nie na jednej takiej zabawie był, nie na jednej pił i tańczył i dobrze wiedział co to znaczy. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach gdy na ich drodze znów stanął gospodarz imprezy.
  - Ależ piękna pani - Ukłonił się przed wampirem. - My tak ładnie prosimy, goście proszą. No nie odmówi chyba pani? No gorzko nam po waszym odejściu będzie to nam chociaż osłódźcie tę ostatnią chwilę! Gorzko – Ryknął głośno. - gorzko! - Zaczął ponowne skandowanie, a tłumowi podchwycił w mig.
Szlag, panicz rozejrzał się, wszyscy tak wyczekująco na nich patrzyli, aż głupio było sobie tak po prostu uciec. Przełknął ciężko ślinę i popatrzył na Coena z przeuroczym uśmiechem.
  - Jesteś pijany jak bela, a to będzie ostatni pocałunek w Twoim całym życiu... - Wysyczał przez zęby jak najciszej się dało, by zaraz zbliżyć się do białowłosego i stając na palcach złożyć na jego ustach delikatny pocałunek.
Kiedy troszeczkę się od siebie odsunęli, Coen równie słodko i równie cicho odpowiedział.
  - O nie, jeśli to ma być mój ostatni pocałunek nie może tak wyglądać. - Szepnął i chwyciwszy Vincenta za talie przyciągnął go mocno do siebie i wpił się w jego usta, to już nie był szybki, niewinny pocałunek. Cała sala zamilkła na chwilę po czym zaczęła wiwatować.

sobota, 12 listopada 2016

"W następnej chwili odebrało mu dech, palce mocniej zacisnął na drewnie kiedy poczuł mocne szarpnięcie. Jęknął starając się ignorować to nieprzyjemne uczucie. To było takie żenujące. Zarumienił się czując się tak głupio i źle w tej sytuacji.
  - C...Coeeen. - Jęknął."


Taka mała zapowiedź na następny weekend....

Archiwum bloga